Uwaga! Zawiera
realistyczne brutalne sceny. Tylko dla widzów dorosłych o mocnych nerwach!
– jako degeneratkę pierwszej wody zachęcają mnie okładki filmów okraszone
takimi napisami. Łykam zatem marketingowe obietnice z zapałem godnym
pelikana, odchudzam portfel, po czym nudzę się podczas seansu i złoszczę, że
znów dałam się nabrać.
Napisy powyższej treści znalazły się na
okładce Śmierci na żywo Seana Tretty, reżysera DF: Bloodletting.
Film, rzekomo oparty na faktach autentycznych, ukazuje historię zbrodni
popełnionej i uwiecznionej na taśmie przez niejakiego Williama Allena
Grone’a w towarzystwie swego najlepszego przyjaciela Roya. Streszczenie
fabuły brzmi zatem interesująco. Dodatkowo na wstępie widz zostaje
poinformowany, że po seansie będzie mógł obejrzeć prawdziwe dzieło Grone’a –
nakręcony przez niego snuff movie. To ostatnie jest całkowicie nie do
uwierzenia, ale tworzy razem z resztą frapującą otoczkę. Zdecydowanie gorzej
z zawartością.
Zwykle na dźwięk słowa brutalność spodziewamy
się przede wszystkim przemocy fizycznej i rozlewu krwi. W filmie Tretty
odnosi się ono raczej do sfery psychicznej. Ofiarami zwyrodnialców padają
dwie atrakcyjne dziewczyny. Mordercy poddają je w przeważającej części
torturom psychicznym, czerpiąc wyraźną przyjemność z samej dominacji i
straszenia ofiar perspektywą śmierci. Z pewnością nie można powiedzieć, by
takie zachowanie nie było okrutne, z perspektywy widza jednak takie sceny
dobrze funkcjonują jako wstęp do „akcji właściwej.” William wszystko filmuje
mając zamiar na koniec stać się prawdziwym i jedynym twórcą filmów snuff w
USA. Do swoich „poddanych” strzela, chciałoby się powiedzieć niestety, bo
dystans, jaki tworzy pomiędzy oprawcą a ofiarą użycie broni palnej, znacznie
mniej przemawia do widza. Z drugiej strony wymaga od twórców zapewne mniej
środków finansowych, a Tretta jest reżyserem filmów o niskim budżecie.
Nie można odmówić filmowi specyficznego
klimatu, na który składa się kilka czynników. Akcja toczy się na złomowisku
położonym na odludziu, gdzie w prowizorycznych warunkach mieszkają William
(mózg operacji) i Roy (niezrównoważony wspólnik). Powierzchowność obu jest
odpychająca, dodatkowo ten drugi zachowuje się wyjątkowo odstręczająco.
Wydarzenia przedstawione są chronologicznie, gdzieniegdzie pojawiają się
retrospekcje mające pomóc widzowi zrozumieć motywację Grone’a, którego
spostrzeżenia bywają ciekawe. Obraz scen kręconych za dnia jest jasny, jakby
prześwietlony, a noc wyjątkowo ciemna, co pozwala lepiej wczuć się w
sytuację ofiar przetrzymywanych na nieprzyjaznym pustkowiu.
Małe plusy ustępują niestety miejsca dużym
minusom. Jak na film o mordercy zdecydowanie brakuje tu krwi i przemocy
fizycznej – wyjątkiem jest niezła scena, kiedy Will i Roy gaszą papierosy na
dziewczynach umieszczonych w klatce. Ścieżka dźwiękowa, wyjątkowo toporna,
żałosna i wywołująca uśmiech politowania na twarzy, dorównuje bohaterom pod
względem prymitywizmu, trudno powiedzieć, czy było to celowe. Śmierć na
żywo została przereklamowana i to jej nie posłużyło, ponieważ
oczekiwania widzów wzrastają się na dźwięk sloganów obiecujących produkcję
wyjątkowo uderzającą i nie zostają spełnione. Tylko nie oczekując zbyt
wiele, jeśli chodzi o efekty gore oraz nieszczęsny snuff na końcu, można ten
film obejrzeć bez tragicznego rozczarowania, co jednocześnie wcale nie
oznacza dobrej zabawy.