| |
Jak
wiadomo lata 80-te to złoty okres slasherów. Nic więc dziwnego, że obecnie
twórcy raz lepiej, raz gorzej wzorują się na filmach z tego czasu. Renesans
slasherów rozpoczął się w 1996 r. po wydaniu bardzo dobrze przyjętego przez
publikę „Krzyku” Wesa Cravena. Osiem lat później na rynek trafia „Malevolence”.
Obraz, który - choć niskiego budżetu - miał być powrotem do korzeni. Jaki
jest naprawdę? Przecież wiele wydawałoby się rzetelnych źródeł wystawiło
wysokie oceny temu filmowi. Gusta gustami ale…
Grupka młodych ludzi, aby pozbyć się problemów finansowych, planuje napad na
bank. W „praniu” coś jednak idzie nie tak i jeden ze złodziei zostaje
zastrzelony. Rabusie podzieleni na dwie grupy umawiają się w starym
opuszczonym domu, aby podzielić łupy. Widocznie jeden – przewożący
pieniądze- wstał lewą nogą, bo łapie gumę i jest zmuszony uprowadzić
samochód wraz z dwoma zakładniczkami. Na miejscu dochodzi jednak do masakry,
którą powoduje zaworkowany (?) nożownik mieszkający na pobliskiej starej
fermie.
Pierwsze co bije głupotą to motyw zabijania killera, a właściwie jego brak.
Bo jak wytłumaczyć to, że jednego „bohatera” szlachtuje jak opętany a
drugiego zostawia samemu sobie, by wykończyć go później. No cóż można i tak…
jakoś trzeba zapchać czas. Fabuła na kolana nie powala, ale trzeba przyznać
że kilka wątków ładnie połączono w całość. Aktorstwo trudno ocenić. Jest to
produkcja może nie amatorska, ale daleka wielce od profesjonalnej, więc
trudno oczekiwać po niej hollywoodzkiego poziomu. Scenariusz leży i kwiczy.
Nie ma w nim niczego tajemniczego, niczego co dałoby do myślenia.
Najbardziej razi brak jakiejkolwiek logiki. Zabójca raz leży, za chwilę
wstaje, w końcu zostaje obezwładniony drewnianym meblem, chociaż jego
organizm przetrzymał metalową rurę, kij baseballowy, a nawet postrzelenie.
Tym bardziej czuję się zawiedziony, gdyż sam pomysł na film zły nie jest,
jedynie jego wykonanie razi sztucznością. Kolejnym mankamentem jest muzyka,
która również czerpie z lat dzieci kwiatów. Melodie są proste czasem
wykorzystujące jeden instrument, co według mnie dobre było może z
dwadzieścia lat temu ale teraz po prostu wali kiczem. O dziwo w niektórych
fragmentach wyczuwalne jest napięcie, jednak za chwile spada z hukiem o
ziemie za sprawą bezmyślnych rozwiązań. Akcja rozwija się dość szybko, ale
interesuje tylko ostatnie 30 minut filmu. Po całym tym żurze, musze
zaznaczyć że udało mi się znaleźć kilka pozytywów. Przede wszystkim piękna
sceneria, oraz ujęcia. To chyba jednak za mało, aby uratować całokształt..
Myślę, że po tym przedsięwzięciu producenci powinni poważnie zastanowić się
nad odgrzewaniem starych kotletów i usilnym tworzeniem nowych „kultowych”
serii. Tym bardziej, że (o zgrozo) w planach jest prequel i sequel „Melovolence”.
|

|
::PLUSY::
+ lokacje
+ chwilowe napięcie
::MINUSY::
- brak logiki
- muzyka
- scenariusz
- wygląd zabójcy
::OCENA FILMU::
3/10 |

|
| |
|
AUTOR:
KUBICZKEN |
|
|