| |
W latach dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku niebywałą popularność zyskał nurt w sztuce wizualnej, określany
przez krytyków jako "In-Yer-Face" (Prosto w twarz). Nurt ten był domeną
współczesnej dramaturgii, na początku głównie brytyjskiej, lecz z czasem
dokonała się jego ekspansja na resztę Europy. Szybko stał się jedną z
dominujących tendencji estetycznych we współczesnym teatrze, tylko po to, aby w
chwile po tym odejść w zapomnienie. Jednak, w tym krótkim czasie dokonał się
przynajmniej jeden ważny proces. Krytycy sztuki i odbiorcy (choć podzieleni)
docenili bezpośredni sposób oddziaływania na widzów przez szok, dzięki czemu
miała się odbyć swoista nobilitacja dzieł opartych na epatowaniu przemocą, aby
części z nich nadać miano przedstawicieli tzw. Kultury wysokiej.
Jak ma się to do opisywanego
przeze mnie filmu? Dwojako. Po pierwsze zainteresowanie tak widzów, jak i
krytyków) dla filmu Nacho Cerdy w dużej mierze może wynikać z takiej właśnie
koniunktury. Po drugie – wyraźnie widać, że reżyserowi nie wystarczyło
skierowanie swojego filmu wyłącznie do odbiorców kina ekstremalnego, więc
postanowił nadać "Aftermath" rangę uniwersalnej przypowieści, okraszając ją
kilkoma pytaniami o wymiarze metafizycznym. Na ile ten szlachetny zamysł się
sprawdził? Odpowiedź poniżej.
"Aftermath"
jest chronologicznie drugą częścią trylogii śmierci Cerdy. Film był kilkakrotnie
nagradzany na międzynarodowych festiwalach, wzbudzając przy tym żarliwe
dyskusje, często wykraczające poza sporną kwestię jego wartości artystycznej.
Dziś stanowi dla wielu ostatni przystanek, na drodze do poszukiwania
ekstremalnych doznań we współczesnym kinie. Wielu jednak widzi w nim dużo
więcej, poza szokującą formą i wulgarną tematyką. Niezależnie od tego, czym jest
naprawdę – sprawnie zrealizowanym schockerem, czy artystyczną wypowiedzią na
temat lęku przed śmiercią w zdehumanizowanym świecie – "Aftermath" jest filmem,
wobec którego trudno pozostać obojętnym.
Na początek - niespodzianka.
Rzadko udaje się, żeby reżyser ujął całe znaczenie swojego filmu i jego wymowę
już w pierwszej scenie. Obserwujemy w niej kałużę krwi, po której, jak po
sznurku kamera prowadzi nas do widoku roztrzaskanych w wypadku szczątków ciała
psa. Wrażenie, jakie wywiera ta scena nie byłoby może tak uderzające, gdyby nie
towarzyszące tej scenie kolejne takty "Lacrimosy" z koncertu Requiem Giuseppe
Verdiego. Niezwykle podniosły nastrój utworu i całe gigantyczne konotacje formy
Requiem w naszej kulturze zostają tu zestawione z najniższą z możliwych formą
kontaktu ze śmiercią, wyprowadzoną wprost z codziennego życia. Mimo, iż to
dopiero skromne preludium dla tego, co ma nastąpić na ekranie, Cerdà wprowadza
nas tą sceną w swoją bezlitosną optykę, z której nie pozwoli nam się wyzwolić aż
do ostatniej sceny.
Właściwy początek filmu
stanowi droga, którą przemierzamy z anonimowym (jeszcze) ciałem do komory w
prosektorium. Odbywa się przy tym operowe niemal przedstawienie miejsca akcji.
Muzyka ani na chwilę nie traci nic ze swojej podniosłości, przy czym obserwujemy
przebitki kolejnych miejsc nowoczesnego prosektorium, w którym dziać się będzie
większa część akcji filmu. Kadry niemal rozsadzają wybuchy błękitnych plam
światła, na jednolitej chłodnej przestrzeni tła. Co chwila pobłyskuje stal, czy
to na drzwiach czy lśniącym ostrzu przygotowanego do pracy skalpela.
Każda barwa ma tu osobne
znaczenie. Czerń prowokuje nastrój introspekcji i intymności, a także oznacza
przestrzeń wypartą, chłodne błękity wzbudzają niepokój i smutek, za to stal, aż
do ostatniej sceny ma wzbudzać nasze przerażenie. Na tym wszystkim z czasem
pojawi się coraz więcej czerwieni, z początku intensywnej i ostrej, potem
krzepnącej w brunatnych odcieniach, z plamami wściekłej i chorej żółci.
Kolejne minuty filmu stanowią
przedstawienie niezwykle sugestywnego obrazu autopsji. Cerdà, pomówiony o wpływ
na kształt wizualny słynnego domniemanego zapisu sekcji zwłok obcego w Roswell,
w tych scenach daje z siebie wszystko. Operator nadaje poszczególnym elementom
tego działania niezwykle sugestywny i drapieżny kształt. Przez cały czas reżyser
balansuje na granicy akceptowalności i przesady, co jakiś czas przekraczając ją
nieznacznie. Gdy autopsja dobiega końca i widz odczuwa nieskrywaną ulgę, reżyser
szybko sugeruje, że to co najboleśniejsze dla widza – ma dopiero nadejść.
W tej przestrzeni formuje się
kwartet bohaterów, między którymi rozegrać ma się akcja. Dwóch pracowników sali
prosektoryjnej odzianych jest w jednakowe uniformy. Reżyser odrealnia ich,
zasłaniając im uniformem niemal wszystkie narządy zmysłów. Są niemi, mają
zasłonięte nosy, uszy, osłonięte rękawicami dłonie. Pozostawia im tylko
odsłonięte oczy, co potęguje grozę ich obecności. Trzecia postać, to figura, u
której podkreślone są zasłonięte słuchawkami uszy. Można go określić jednym
słowem, jako głuchego, przede wszystkim na to, co się dzieje w sali obok.
Głuchego, dodajmy z wyboru. Istnieje w tej konfiguracji jeszcze czwarta postać,
którą stanowi ciało dziewczyny. Operator z uporem zatrzymuje się przy jej
nazwisku, jakby w obawie przed tym, że widz może nie uznać jej indywidualnego
istnienia. Ten zabieg każe myśleć o niej jak o jednej z naczelnych postaci.
W jednej chwili usunięte
zostają "postaci trzecioplanowe" (dwa ciała na stołach prosektoryjnych), znika
także drugi plan (pomocnik i jeden z pracowników sali prosektoryjnej). Prawdziwy
dramat ma się odbyć pomiędzy obdarzonym opętańczym spojrzeniem pracownikiem
sali, a wspomnianymi zwłokami, z którymi to na początku znaleźliśmy się w
prosektorium.
To, co następuje w kolejnej
sekwencji może wzbudzić autentyczny szok. Beznamiętny sposób przedstawienia
wyjątkowo brutalnego aktu nekrofilii, prowokuje jawny sprzeciw u odbiorcy.
Denerwuje wstrząsające, odautorskie zestawienie kolejnych, odrażających sekund
tego działania zderzone z przebitkami na spokojny i nieruchomy obiektyw aparatu
fotograficznego. Widzowi trudno o oddech, kiedy reżyser dociska jego
wytrzymałość do granic każąc mu czekać na odciągające się w nieskończoność
zakończenie. Każe mu czekać na orgazm.
Jeżeli oceniać film Cerdy pod
kątem skuteczności wywierania zamierzonego wpływu na widza, należy mu się za to
najwyższa nota. Pół godziny poświęcone na ten film staje się ponurą wędrówką ku
granicom własnej bezsilności.
W epilogu zderzają się dwie
siły. Następuje bolesne przypomnienie, kiedy zmielone serce dziewczyny znajduje
się znów na tle połyskującej stali, Tym razem stalowa jest miska, w której ten
sam pracownik prosektorium, po powrocie do domu, podaje je do zjedzenia swojemu
psu. Chwilę po tym odbywa się pozorny powrót do normalności – sylwetka mężczyzny
zostaje zasłonięta fotelem. Słychać śmiechy, dialog dobywający się z telewizora,
który w chwile po tym przechodzi w płacz dziecka. Znów pojawia się życie. Ale w
następnej chwili powraca oznaczone krzyżem nekrologu i zaplamione krwią nazwisko
dziewczyny.
Nazwisko Cerdy nie bez
powodu, niemal w każdym tekście krytycznym pojawia się w parze z nazwiskiem
innego reżysera, Jörga Buttgereita. Podobieństwa "Aftermath" do "Nekromantika"
Buttgereita widać jak na dłoni. Oba filmy są afabularne, ich bohaterowie
pozbawieni są indywidualnych rysów, w obu nie da się przecenić wartości muzyki i
szokujących efektów specjalnych. W końcu – oba obracają się tematycznie wokół
nekrofilii, szokującego tabu, którego próby przełamania podejmują nieliczni,
często znajdujący się na marginesie życia artystycznego twórcy. Jednak mimo
wielu cech wspólnych wynikających w dużej mierze z podobnego położenia obu
reżyserów, widać również kolosalne różnice w sposobie ujmowania tematu przez
Cerdę i Buttgereita. Ten drugi ma skłonności anarchistyczne, częściej bawi się,
niż uprawia sztukę, nie pozwala przy tym widzom nawet na chwile zyskać pewności,
ze żart w którym uczestniczą nie jest żartem z nich samych. Cerdà na tym tle
wypada niemal jako moralista. Przyprawia wystarczająco pieprzny temat nekrofilii
o jeszcze jeden składnik – o religię.
"Aftermath"
jest przede wszystkim grą z widzem. Gra ta jest oparta na emocjonalności i
wytrzymałości, ale nie na intelekcie. Reżyser nie pozostawia nam żadnej swobody.
Zbliżenia wykluczają możliwość selektywnego odbioru. Przez cały czas idziemy za
Cerdą, jak po sznurku. Wszelkie kwestie metafizyczne, kwestie dotyczące lęku
podaje reżyser w formie dogmatów, z którymi trudno się nie zgodzić. Trudno się
nie zgodzić dlatego głównie, że są banalne. Największy zarzut wobec "Aftermath"
może stanowić to, że dużo jest w nim pójścia na łatwiznę. Nie sztuka wywołać
naturalny lęk widzów przed śmiercią, przez ukazanie jej w najokrutniejszym
wymiarze z możliwych. Obrazek Cerdy jest tak przepełniony pesymizmem i tak
skrajny, że brakuje w nim miejsca na jakąkolwiek głęboką refleksję. To przede
wszystkim kino eksploatacji, kino ekstremalne, którego aspiracje do miana
artystycznej wypowiedzi kończą się na kwestiach formalnej realizacji. Nie można
przy tym odmówić reżyserowi talentu. Odwaga w podjęciu tak kontrowersyjnego
tematu i podporządkowanie go własnej, autorskiej wizji zasługuje na podziw.
Cerdà jest reżyserem świadomym, inteligentnym, ale nie mogącym poskromić
skłonności do przesady i pretensjonalności. Jednakże największą zaletą filmu i
zarazem czymś, co każe pokładać nadzieje w przyszłych pracach Nacho Cerdy jest
świadomość widza, świadomość jego wrażliwości. W "Aftermath" zajął się tą
kwestią bardzo jednostronnie, ale późniejszy "Genesis" dowodzi już, że jest to
zdolność, którą reżyser rozwija.
Komu polecić ten film? Z
pewnością dorosłym ludziom, świadomym mechanizmów działania, z których budowany
jest przekaz filmowy. Ta świadomość wydaje się niezbędna, żeby "Aftermath"
wywołał uczucie inne, niż sprzeciw. Film na pewno stanowi osobliwą ciekawostkę,
która będzie coraz częściej powracać. Ponadto, warto go obejrzeć choćby dlatego,
że jeżeli z karierą Cerdy nie stanie się to, co z karierą Buttgereita, to może
się okazać, ze nazwisko młodego Hiszpana może za kilka lat być jednym z bardziej
znaczących w dziedzinie europejskiego horroru. Na koniec, polecam "Aftermath"
wszystkim, którzy poszukują granic swojej wrażliwości w odbiorze sztuki
filmowej. Bardzo możliwe, że jest to film, który je dla was wyznaczy.
ZOBACZ RÓWNIEŻ

DVD |

CIEKAWOSTKI |

KSIĄŻKI |

SYLWETKI |

MUZYKA |

DOWNLOAD |
AUTOR:
DUFFYD |
|