| |
W roku 1966 pewien Amerykanin, niejaki
Richard Speck, zgwałcił i brutalnie uśmiercił osiem studentek. Mordercę
udało się złapać, ponieważ dziewiąta z dziewcząt ukryła się pod łóżkiem w
ten sposób przeżywając rzeź. Ponad czterdzieści lat później zbrodnia ta
stała się kanwą filmu Michaela Feifera, niestety zbyt słabego, by mógł stać
się hołdem poświęconym pamięci ofiar. W roli głównej wystąpił Corin Nemec,
aktor, który zdobył popularność w latach 80-tych, często grywając
niewydarzonych młodzieńców. Obok niego możemy oglądać charyzmatycznego Tony
Todda, niezapomnianego Candymana, tym razem odtwarzającego postać jednego z
„dobrych facetów” – policjanta. Jego pojawienie się jest zdecydowanie jednym
z jaśniejszych punktów filmu.
Drogi potencjalny widzu! Jeśli sugerując się
tytułem spodziewasz się półtoragodzinnej soczystej i emocjonującej jatki,
odpuść sobie. Wydaje się, że zamiarem twórcy było raczej ukazanie portretu
psychologicznego mordercy, a nie nakręcenie horroru. Mało tu typowych dla
tego gatunku elementów – nie ma nadprzyrodzoności (choć w tym przypadku jej
brak jest uzasadniony) i grozy, a makabry jak na lekarstwo. Kilka razy można
co prawda zobaczyć pokiereszowane ciała i poplamionego krwią ofiar Specka,
ale przemoc pozostała gdzieś poza ekranem, jest raczej zasugerowana niż
pokazana. Sceny mordów opierają się głównie na wyeksponowaniu wyrazu twarzy
Richarda zabijającego studentki.
Wydarzenia w filmie nie następują
chronologicznie po sobie. Masakra w Chicago to zlepek epizodów, które
składają się na swego rodzaju biografię mordercy, przeplataną niezbyt
pasjonującą historia policyjnego śledztwa. Awangardowa konstrukcja fabuły
zdecydowanie działa na niekorzyść filmu, ponieważ momentami trudno połapać
się, czy mamy do czynienia z retrospekcją, czy może to już dalsze
wydarzenie. Takie rozczłonkowanie męczy widza, a także niszczy całe napięcie
i grozę, które powinny cechować film tego rodzaju – miał w końcu być
historią bezbronnych ofiar czekających na okrutną śmierć. Dodatkowo reżyser
najwyraźniej próbował wzbogacić swe „dzieło” o głębokie przesłanie. Szkoda
tylko, że refleksje na temat szacunku do życia i jego braku w obecnym
świecie, zostały przedstawione w formie moralizujących maksym wypowiadanych
przez policjantów, przez co stały się groteskowe, sztuczne, wręcz nieco
śmieszne.
Gra aktorska natomiast, jak na tak słaby i na
siłę udziwniony film, jest całkiem przyzwoita. Fan horroru zawsze chętnie
popatrzy na Tony Todda, a i Corin Nemec w roli Richarda Specka wypadł
przekonywująco będąc odpowiednio odpychającym. Ścieżkę dźwiękową dość trudno
nazwać muzyką – od czasu do czasu w tle pojawiają się buczące (w zamierzeniu
twórcy zapewne niepokojące) odgłosy, niestety nie są one w stanie wykrzesać
z filmu choćby grama napięcia i nastroju, bo te zostały unicestwione przez
pokawałkowaną fabułę.
Historia miała potencjał, sprawdziłaby
zarówno jako slasher, jak i film z przesłaniem. Ujęcie jej w konwencji
pseudoawangardowo-quasipsychologicznej zaowocowało filmem nudnawym i
rozczarowującym. seans Masakry w Chicago najlepiej zakończyć już na
obejrzeniu okładki.
|

|
::PLUSY::
+
Tony Todd i Corin Nemec
+
dość krótki
::MINUSY::
-
zmarnowany potencjał
-
nuda
- pseudopsychologiczna,
udziwniona forma
- nachalne
moralizowanie
-
ścieżka dźwiękowa
::OCENA FILMU::
3/10 |

|
| |
|
AUTOR:
KAROLINA GÓRSKA |
|
|