SPIS WEDŁUG TYTUŁÓW ORYGINALNYCH

0-99A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  Ł  M  N  O  P  Q  R  S   U  V  W  X  Y  Z  Ż  Ź


 



 

GRINDHOUSE: DEATH PROOF



 

 

::TYTUŁ POLSKI::
Grindhouse: Death Proof

::REŻYSERIA::
Quentin Tarantino

::SCENARIUSZ::
Quentin Tarantino

::MUZYKA::
???

 

::OBSADA::
Kurt Russell, Rosario Dawson, Vanessa Ferlito...

::KRAJ::
USA

::ROK::
2007

::CZAS TRWANIA::
114 min.


 
 

"-Lee it’s Jasper. Jasper it’s Lee
-Uuuppsss!"

Są reżyserzy, na których filmy czekam z ogromną ciekawością. Reżyserzy, których pasja i pomysły powodują, iż każdy ich nowy projekt wywołuje wielkie emocje. Ponadto cechą tych twórców jest to, że filmy, które kręcą zawsze trzymają wysoki poziom i potrafią zaskoczyć widza. Jednym z takich reżyserów jest były pracownik wypożyczalni kaset video – Quentin Tarantino. Postać, która w swoim wielokrotnie nagradzanym „Pulp Fiction” wprowadziła do kinematografii zupełnie nowy, odlotowy styl. Styl, który jest nie do podrobienia (choć wielu próbowało). Nikt nie potrafi tak jak Quentin pisać dialogów o „niczym”, które jednocześnie są tak wciągające i doskonale skonstruowane, że można ich słuchać wiele razy i ciągle doskonale się przy tym bawić. No właśnie, zabawa i rozrywka, to w słowniku Tarantino ważne słowa. W zasadzie żadnego z jego dzieł, nie można brać całkowicie na poważnie (a większości w ogóle). To ważna zasada, którą zresztą wielbiciele jego talentu świetnie znają. Niemniej dobrze ją pamiętać, bo niektórzy recenzenci czasem o nie zapominają. Ale dosyć wstępu, przejdźmy do szalonego świata Grindhouse’a.

    

Pewnego razu, gdy Tarantino siedział w swoim biurze, przyszedł do niego Robert Rodriguez i gdy zobaczył, że na ścianie wisi plakat pewnego starego grindhouse’owego horroru, powiedział: Nakręćmy coś takiego! Każdy po jednym filmie. Quentin zgodził się oczywiście bez wahania. I tak oto dwaj przyjaciele połączyli siły i nakręcili dwa filmy: Tarantino „Death Proof”, a Rodriguez „Planet Terror”, które wspólnie występowały pod szyldem „Grindhouse” i były puszczane podczas jednego, długiego seansu (w USA, u nas oczywiście nie, choć była w tej sprawie petycja do polskiego dystrybutora). Obydwa obrazy, przedzielili trailerami fikcyjnych produkcji, nakręconych przez Roba Zombie (doskonała „The Werewolf Woman of SS”), Eli Rotha (niezły „Thanksgiving”) czy samego Rodrigueza (zatytułowany „Machete”, który podobno ma wyjść na DVD – czekam z niecierpliwością, bo zapowiada się fantastycznie).

    

Sama idea pochodzi z popularnych niegdyś w Stanach tzw. grindhouse’ów, czyli podwójnych seansów; dwóch filmów za jeden bilet puszczanych w starych, obskurnych kinach. Nie przypadkowo właśnie w takiej scenerii widzowie wyposażeni w torebki lub worki (gdyby mieli jakieś problemy żołądkowe, co zdarzało się nader często) zatapiali się w chory świat filmowej rzeczywistości. Bowiem filmy, które tam puszczano charakteryzowały przede wszystkim ogromne dawki przemocy, seksu, scen gwałtów czy psychopatycznych postaci, których nikt nie chciałby spotkać. Wszystko oczywiście doprawione potężną dawką czarnego jak smoła humoru i wszechobecnego, wylewającego się falami z kinowego ekranu – kiczu. Dla Rodrugueza i Tarantino, którzy od zawsze gustują w takich klimatach, był to idealny temat na nowy film. No i doskonała okazja do oddania hołdu, kinu, o którym większość dawno zapomniała. Ponieważ u nas, dystrybutor zdecydował się podzielić „Grindhouse” i puszczać filmy osobno, pierwszy na ekranach pojawił się „Death Proof” Tarantino. W zamian na za to, że nie mamy podwójnego seansu dostaliśmy dwie sceny (o nich później), których nie mieli okazji zobaczyć widzowie w USA. Zawsze to coś.

    

Film zaczyna się sceną, w której najpopularniejsza didżejka w Austin Jungle Jill (grana przez śliczną Sydney Tamilia Poitier) czeka, na swoje koleżanki, z którym ma jechać ostro się zabawić do pobliskiego miasteczka. Zanim bohaterka wsiądzie do samochodu mamy okazję mamy okazję podziwiać jej mocno eksponowane wdzięki, co jak typową cechą grindhouse’a. Potem dziewczyny jadą i gadają, i gadają i gadają…ale sposób w jaki to robią, ich gesty, mimika, akcent jest po prostu, wybaczcie słowo, zajebisty. W dialogach Tarantino to geniusz, z najmniej ciekawego tematu zrobi najbardziej ciekawą rozmowę. Ale idźmy dalej. Bohaterki dojeżdżają do swojego ulubionego baru, gdzie czekają na nich kumple oraz barman Warren (doskonała i zapadająca w pamięć rólka samego Quentina), który gdy postawi ci kolejkę, musisz wypić. Wszyscy więc pija, palą trawkę, gadają (znowu), ogólnie atmosfera jest cholernie sielska, i pewnie nadal nic by się nie działo, gdyby nie to, że kamera kieruje uwagę na niemłodego, siedzącego przy barze faceta w staromodnej kurtce i ogromną blizną na twarzy. Panie i Panowie, oto Kaskader Mike.

    

Albo inaczej „skurwiel do kwadratu”, jak go określił sam Tarantino. I miał rację. Mike, grany fantastycznie przez Kurta Russella, to na pierwszy rzut oka postać, której nie sposób nie polubić. Gdy proponuje podwiezienie do domu pewnej blondynce ta nie waha się zbytnio, wystarczy miły uśmiech, kilka komplementów. Potem jednak okazuje się, że nasz kaskader to totalny psychol, którego hobby jest  najpierw robienie zdjęć, a potem zabijanie kobiet w brutalny sposób. Jak widać, fabuła nie jest tu niczym odkrywczym, ale jej realizacja to już mistrzostwo świata. Film jest podzielony na dwie części, w każdej spotykamy Mike’a oraz po cztery kobiety. I to właśnie one odgrywają tu główną rolę. Tarantino ukazuje kobiety jako osoby silne, niezależne i trzymające się razem, i przede wszystkim potrafiące się bronić.  Doskonale dobrano obsadę, dlatego każda z występujących w historii postaci jest wyjątkowa. Zoe Bell gra samą siebie, Mary Elizabeth Winstead jest słodka jak najwspanialszy miód, a Rosario Dawson za którą nie przepadałem, gra (i wygląda, zwłaszcza, w jednej z końcowych scen, gdy jest bliska płaczu) naprawdę rewelacyjnie. To osoby, których nie sposób nie lubić, wrażliwe, a jednocześnie sprytne i przebiegłe, które zawsze osiągają  cel.

    

W „Death Proof” mamy doskonale dobraną muzykę i rewelacyjne sceny pościgów samochodowych. Respekt dla twórców filmu powinien być większy, że nie używano żadnych efektów komputerów. Tarantino chciał, żeby te ujęcia przeszły do historii i osiągnął cel, bo oglądanie Bell leżącej na masce pędzącego z ogromną prędkością samochodu jest niezapomnianym widokiem. Pamiętacie „Vanishing Point” albo „Bullita”? Coś podobnego jest właśnie w „DP”. Pisałem już, że wersja, którą można oglądać w naszych kinach jest dłuższa i bogatsza o dwie sceny. Jedna to scena tańca Vanessy Ferlito przed naszym kaskaderem, z doskonałą muzyką w tle, a druga, która według mnie jest jedną z najlepszych scen w filmie przedstawia Rosario Dawson, Mary Winstead i Tracie Thomas robiące zakupy na stacji benzynowej. Tam też pojawi się rewelacyjny dialog o włoskim magazynie mody. Perełka! Należy też wspomnieć, że kopia filmu, jest celowo „podniszczona” (czasem przez ekran przelatują paski, trzęsię się on), aby przypominać oryginalne grindhouse’y. Od strony zarówno technicznej jak i fabularnej film po prostu wymiata.

    

Gdzie tkwi więc haczyk? – ktoś spyta. No cóż, haczyka w sumie nie ma. Film jest fantastycznym kinem rozrywkowym, które naprawdę wciąga. Jeśli ktoś spodziewa się głębokiej fabuły albo jakichś ukrytych przesłań, to uzna ten film za słaby. Ba, są ludzie, którzy uważają, że to manifest feministyczny…To jest właśnie szukanie na siłę, tego, czego nie ma. Tarantino był zawsze mistrzem rozrywki i nadal nim pozostaje. Nie jest to dzieło na miarę „Pulp Fiction” czy „Wściekłych psów”, ale doskonale przemyślana i skonstruowana całość, której elementami są piękne i seksowne kobiety, genialne dialogi, realistyczne pościgi, kaskader – psychol i zawsze obecna przemóc. A wszystko to skąpane w zupełnie niepoważnym i absurdalnym klimacie. W skrócie: Tarantino w rewelacyjne formie. Biegiem do kina!



 

::PLUSY::
+ aktorstwo
+ muzyka
+ klimat
+ dialogi
+ scena na stacji benzynowej
+ pościgi samochodowe
+ Kurt Russell

::MINUSY::
- pierwsze 30 minut (dla niektórych)

::OCENA FILMU::

9/10



 

   

AUTOR: COREY JORDISON