| |
Niedawno wpadł
mi w ręce film o swojsko brzmiącym tytule Topór. Na okładce DVD czerwoną
czcionką kilka tekstów kuszących potencjalnego odbiorcę: "Na początku był
Jason, potem Freddy, teraz nadchodzi Victor...", „Amerykański horror starej
szkoły”, „Najlepszy krwawy horror ostatnich dwudziestu lat”, „Nowa ikona
krwawego horroru”. Film zdobył kilka nagród i co najważniejsze grają w nim
trzy znamienite osobistości: Kane Hodder, Robert Englund i Tony Todd. Czy po
takiej zapowiedzi przeciętny fan horroru mógłby nie sięgnąć po Topór?
Przyjrzyjmy się jednak bliżej, tak świetnie na pierwszy rzut oka,
zapowiadającemu się obrazowi młodego reżysera Adama Greena.

Fabuła filmu
jest maksymalnie schematyczna. Grupka wycieczkowiczów żądnych przygód,
wybiera się ze skośnookim przewodnikiem na pobliskie mokradła Nowego
Orleanu. Przeprawa łodzią wzdłuż rzeki kończy się nieoczekiwanym wypadkiem -
statek wpada na mieliznę i tonie. Na domiar złego jeden z uczestników
wycieczki zostaje ugryziony w nogę przez krokodyla. Podróż lądem do
najbliższego oddalonego o kilka kilometrów miasta zajmie godziny. Tymczasem
zbliża się noc i zaczyna padać deszcz. Jak to zwykle w tego typu historiach
bywa, teren jest areną polowań niejakiego Victora Crowley'a. Legenda głosi,
że strasznie zdeformowany Victor zamieszkiwał wraz z ojcem z dala od ludzi w
domu na bagnach. Pewnego dnia miejscowe dzieci niechcący zaprószyły ogień w
chacie Crowley'ów. Zdesperowany ojciec próbując wydostać syna z płonącego
domu chwycił za topór i zaczął rozbijać drzwi. Za nimi znajdował się Viktor.
Ostrze wyłamało jedną z desek i utkwiło w głowie chłopaka. Od tego czasu
miejsce na bagnach Luizjany owiane jest tajemnicą. Śmiałkowie, którzy się
tam zapuszczają opowiadają historie o przeraźliwych nawoływaniach
dobiegających z mokradeł. To Viktor wychodzi na polowanie i nie przepuści
nikomu, kto znajdzie się na jego terenie. Jak skończą uczestnicy pechowej
wycieczki? Czy ktokolwiek przeżyje spotkanie z Crowley'em?

Co oferuje nam
film, poza niewyszukaną fabułą? Jak na typowego slashera przystało, reżyser
Adam Green serwuje nam sceny morderstw, okraszając je sporą dawką krwawych
efektów gore. Mamy kolejnego psychopatycznego mordercę oraz przypadkowych
wycieczkowiczów wpadających w ręce Crowley'a. Autorzy filmu przyrównują
Viktora do takich ikon światowego horroru, jak Freddy Krueger, Jason Vorhees
czy Candyman. Dlaczego wspomniałem o tych znamienitych bohaterach kina
grozy? Ponieważ Kane Hodder (Piątek trzynastego), Robert Englund (Koszmar z
ulicy Wiązów), oraz Tony Todd (Candyman) grają w filmie epizodyczne role.
Wielka szkoda, że nie zrobiono z tych postaci pierwszoplanowych bohaterów. W
warstwie aktorskiej pojawia się cały przekrój mało znanych nazwisk. W
zasadzie nie można mieć do ich gry specjalnych zastrzeżeń, bo swoje role
odegrali poprawnie. Pozostaje jednak niedosyt, związany z nadzieją, jaką
wzbudziły słynne nazwiska widniejące na okładce filmu.

Z muzyką w
Toporze jest nienajgorzej. Współbrzmienie obrazu i warstwy akustycznej filmu
na pewno nie przeszkadza w odbiorze. Najbardziej utkwiła mi w pamięci muzyka
ze sceny początkowej, kiedy Robert Englund wraz z filmowym synem polują na
krokodyla. Zmieniająca się jak w kalejdoskopie świetnie oddaje nastrój grozy
i niebezpieczeństwa. Niestety z każdą kolejną minutą filmu, muzyka staje się
coraz gorsza. Bez wątpienia najlepszym elementem filmu są jednak efekty
specjalne. Krew leje się strumieniami a metody uśmiercania kolejnych
naiwnych uczestników wycieczki są wymyślne i bardzo widowiskowe. Każdy
wielbiciel gore powinien być usatysfakcjonowany. Victor nie ogranicza się do
zabijania za pomocą tytułowego topora, ale sięga do bardziej wyrafinowanych
sposobów. Jakich? Nie będę zdradzał, ponieważ są to niewątpliwie
najciekawsze sceny filmu.

Najsłabszym
elementem horroru jest klimat. Od Topora oczekiwałem dreszczyku emocji, i
odrobiny strachu. Początkowa scena z udziałem Roberta Englunda wzmaga apetyt
do dalszego oglądania. Jednak przez kolejne pół godziny, nie dzieje się w
zasadzie nic ciekawego. Reżyser starał się wpleść w film nieco humoru, który
zupełnie mnie nie przekonuje. Nawet ponętne piersi dwóch młodych aktorek
pozujących przed kamerą udawanemu reżyserowi filmów erotycznych, nie
podnoszą oceny początkowej części obrazu. Dalej jest już nieco lepiej, bo do
akcji wkracza Victor. Wycieczkowicze są w widowiskowy sposób eliminowani,
przez zdeformowanego, maniakalnego zabójcę. Mimo ciekawych scen morderstw
nie byłem jednak w stanie poczuć atmosfery grozy i choć trochę wczuć się w
sytuację bohaterów.

Podsumowując:
nie wszystko złoto, co się świeci. Zarówno liczne nagrody, którymi może
poszczycić się film, jak i znamienite nazwiska zdobiące okładkę nie są w
stanie uratować tego obrazu. Jeśli widz nastawi się na niewyszukaną
schematyczną fabułę, klasycznego slashera oraz sporą dawkę krwawych efektów
specjalnych, to bez trudu wytrzyma osiemdziesiąt minut przed ekranem
telewizora, bo tyle właśnie trwa historia Victora. Myślę, że niektórzy
zagorzali wielbiciele kina spod znaku horroru, po zakończeniu produkcji
odniosą nawet wrażenie, że było warto, co przy ogromnej masie podobnych
obrazów jest dobrym argumentem, aby w długi jesienny wieczór sięgnąć po
Topór.
|
 |
::PLUSY::
+
Trójka słynnych aktorów
+ Efekty Gore
+ Muzyka
+ Znośna gra aktorów
::MINUSY::
- Brak klimatu
- Epizodyczne role słynnej trójki aktorów Hodder, Todd, Englund
- Kiepski humor
- Niewyszukana fabuła
::OCENA FILMU::
5/10
|
 |
| |
|
AUTOR:
WOJCIECH KULAWSKI |
|
|