| |
Kino amerykańskie zawsze czerpało mnóstwo inspiracji z kinematografii
innych nacji. Od jakiegoś czasu kolejne amerykańskie wersje znanych lub
mniej znanych dzieł twórców spoza Stanów, stanowią niestety swoiste
karykatury i obrazkowe wynaturzenia. Szczególnie dotyka to wszelakich
maści horrorów, które Amerykanie przerabiają na potęgę. Z „One missed
call” czyli remake’em azjatyckiego filmu „Chakusin ari” nie jest
inaczej. Dlaczego i tym razem amerykańskim filmowcom nie wyszło?
Zapraszam do lektury.

„One
missed call” opowiada (w największym skrócie) historię Beth i jej
przyjaciół, którzy giną jeden po drugim, uprzedzeni wcześniej o swojej
śmierci poprzez tajemniczą wiadomość głosową w swoim telefonie. Jak to bywa
w przypadku podobnych historii mamy tutaj oczywiście grupę amerykańskich
nastolatków uwikłąną w zagadkową historię z duchem w tle...

Tym,
którzy jeszcze nie oglądali „One missed call” nie będę zdradzał fabuły
aczkolwiek uważam, że po lekturze tej recenzji raczej już po ten film nie
sięgną. W takim razie do rzeczy! „One missed call” w reżyserii Erika Valette
jest niczym innym jak jednym wielkim bełkotem przyprawionym szczyptą mniej
udanych efektów specjalnych, a do tego w dodatku nie straszy w ogóle. Z
kilku powodów, mianowicie:
1. Zero klimatu i zero sensownego pociągnięcia fabuły. Film pana Valette to
taki ciąg scen nijak ze sobą powiązanych. Ot morderstwo, ot główna bohaterka
„myśli”, ot morderstwo, ot pan policjant biegnie z pomocą... i tak w kółko!
Obejrzenie całości za jednym zamachem może przyprawić o porządną drzemkę.
Niektórzy też mogą mieć nieustanne poczucie deja vu.

2.
Aktorzy. Tutaj plama na całego. Edward Burns (a kiedyś grał nawet w
„Szeregowcu Ryanie”) to drewno nad drewna. Ciągle ta sama umęczona mina.
Policjant z niego żaden. Widać założenie, że ta postać jako jedyna ma od
samego początku uwierzyć naszej bohaterce. Wprawdzie sam zostaje wplątany w
tę „telefoniczną grę” poprzez śmierć swojej siostry ale mnie to nie
przekonało. A Shannyn Sossamon? No cóż, urodę to
ona może posiada ale nie potrafię uwolnić się od myśli, że wystąpiła w “One
missed call” tylko dlatego.
3. Przewidywalność. Film jest totalnie przewidywalny i pozbawiony
jakiegokolwiek suspensu, o zaskakującym zakończeniu nie wspominając. A
przywołując choćby taki „Ring” czy „Klątwę” mamy czarno na białym, że można
z remake’u uczynić coś oryginalnego i intrygującego.
4. Największym grzechem „One missed call” jest jednak to, że taki film w
ogóle powstał. Moda na remake’i osiągnęła swoje apogeum i nie zanosi się, że
prędką miałaby przeminąć. A moda jak to moda, obok ciekawych i dobrze
zrobionych rzeczy (vide wspomniany już „Ring” czy „Klątwa”) przynosi takie
gnioty jak „One missed call”, „The Eye”, „Dark Water”...

Niestety, doszło już do tego, że amerykańscy filmowcy wykupują prawa do
filmów ZANIM one doczekają się swojej premiery i „produkują” swoje wersje
nie dopuszczając na rynek produktów oryginalnych (słynny hiszpański „Rec”
produkowany obecnie w Stanach jako „Quarantine”, albo francuski „ILS”, który
pewnie zadebiutuje już w nowej, „lepszej” wersji) ale to temat na całkiem
inny artykuł.
|
 |
::PLUSY::
+
Dla fanów remake’ów
::MINUSY::
-
Absolutnie wszystko!
::OCENA FILMU::
1/10 |
 |
| |
|
AUTOR:
SZEWSKI |
|
|