Prolog:
Są w chwile, w których zaczynamy wątpić w sens różnych rzeczy
w naszym życiu i otaczającym nas świecie. Ja podobnego uczucia doświadczyłem
w zeszłym roku, w ostatnim tygodniu września, kiedy włączyłem w sobotni
wieczór jedną z popularnych stacji telewizyjnych, naiwnie licząc, że trafi
się jakiś ciekawy film. Pech chciał, iż trafiłem na „horror”, który tak
mocno podziałał na moją psychikę, że potrzebowałem kilku miesięcy, aby dojść
do siebie i móc napisać ten tekst. Albowiem to, co widziałem, przeszło moje
najśmielsze oczekiwania…

Początek koszmaru:
Młodzieżowa muzyka, plaża, ładna woda,
słoneczko. Nazwisko Bryana
Browna w czołówce. Zapowiada się pewnie przeciętna komedia o nastolatkach –
pomyślałem. Jednak tytuł filmu, który wkrótce się wyświetlił, uświadomił mi,
że się mylę, a sielski początek ma być tylko zmyłką, grą scenarzysty z
widzem, genialnym zabiegiem autorów filmu, którzy najwyraźniej nie uznają
zasady Hitchcocka – „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem
napięcie powinno stopniowo rosnąć”. Pewnie chłopaki, co tam będziecie
słuchać rad jakiegoś reżyserzyny! Ucieszony, że twórcy nie idą na łatwiznę,
z podziwem powtarzałem w myślach tytuł: „Niebezpieczne wody: Atak rekinów”.
Dobre, mocne i oryginalne. Podobnie jak początkowe sceny, gdy mamy do
czynienia z tzw. przedstawieniem głównej bohaterki. Okazuje się, że to
bardzo ciekawa osobowość. Pełna sprzeczności, która już na początku musi
dokonać przełomowego w jej życiu wyboru. Mianowicie, na plażach Florydy ma
się odbyć odjazdowa impreza. Lecz surowy ojciec nie pozwala naszej
„piękności” jechać. Ta zasmucona (ale niezbyt) dzwoni do koleżanki i
przekazuje złą wieść. Tamta jednak, ma wielką charyzmę i dar przekonywania,
jednym zdaniem („Przyjedź, twój ojciec się nie dowie” - sprytne) namawia
naszą bohaterkę do popełnienia niemoralnego i wstrętnego czynu. Ta zgadza
się, i gdy rodzice wybierają się do znajomych, opuszcza dom i jedzie na
Floryde. I jest git. Do czasu…

Przedsionek piekła:
Na miejscu, jak już pisałem, jest plaża, gra
muzyczka, wszyscy piją ile się da, i ogólnie jest fajnie. Poznajemy
kolejnego bohatera, skromnego chłopca, który wraz z matką-wróżką (przepowie
katastrofę, ale na razie ciiisza), prowadzi wypożyczalnie łodzi. Gdy nasza
bohaterka go spotyka, od razu zaczyna coś od niego, to znaczy do niego –
czuć. W końcu zaczynają nawet ze sobą rozmawiać. Należy tu zwrócić uwagę na
rozbudowane, dwuznaczne dialogi:
- „Lubisz morze”
-„Tak, chyba tak”
I gdy już wydaje się, że jednak nic z tego nie będzie, udają się do
dyskoteki na plaży. I tutaj autorzy ukazują nam tajemniczą scenę, której nie
potrafię zrozumieć (nie wiem, może to różnica kulturowa, ale nie sądzę). W
dyskotece bowiem, puszczają tylko spokojną, dołująca wręcz muzykę. Hmmm, no
cóż, pisałem już, że twórcy chcieli być oryginalni, serwują nam więc
pierwszy „smaczek”. Spodziewałeś się, że na imprezie usłyszysz muzykę
taneczną? A właśnie, że nie, zaskoczymy Cię! Trzeba im przyznać rację,
„trochę” się zdziwiłem, ale to jeszcze nic w porównaniu, z tym co dopiero
nadejdzie…

Rzeźnia:
Akcją się rozkręca, pojawia się
były chłopak dziewczyny, wysportowany, bogaty macho z długimi włosami i
pozłacaną ketą, który wypożycza u naszego skromnego chłoptasia łódź.
Wcześniej jednak, będąc zazdrosnym o główna bohaterkę, kupuje dwa drinki po
czym do jednego wrzuca biała tabletkę i podaje jej do wypicia. Ta niczego
nie podejrzewając, ciesząc się, z darmowego napoju, pochłania go jednym
haustem. I wtedy zaczyna się coś strasznego; zawroty głowy, ochota na
stosunek płciowy. Tutaj mamy do czynienia z pełnymi napięcia scenami. Macho
zanosi swą „ofiarę” do pokoju, kładzie na łóżku i już ma zabrać się do
dzieła, gdy pojawia się ten drugi i ratuje bohaterkę. Ta po przebudzeniu nic
nie pamięta, ale oskarża naszego skromnego herosa. Niezły galimatias…
Tak czy inaczej cała paczka wyrusza wynajętą łodzią w podróż…
Zastanawiacie się pewnie: gdzie do cholery są te rekiny? Minęła połowa
filmu, a rekinów nie ma. Ale spokojnie, to wyczekiwanie to świadomy zabieg
twórców, krwiożercze bestie zobaczą tylko Ci, którzy cierpliwe obejrzą
początkowe perypetie bohaterów.
Wkrótce bowiem po wypłynięcie w morze zaczyna się „akcja”. Rekiny rozwalają
statek, i atakują plaże, sztuczna jak uśmiech niektórych prezenterów w TV,
krew, tryska aż miło, i tu dochodzimy do scen, które wykończyły mnie
psychicznie, scen, których choć bardzo chcę, nigdy nie wyrzucę z pamięci.

Psychika siada:
Oto, co nam serwują twórcy, a co przekracza
granice racjonalnego myślenia:
1.Rekin jednym uderzeniem rozwala stosunkowo dużą łódź na pół.
2.Harpun wypada z łódki, ląduje w paszczy rekina, ten zaciska szczęki i z
harpuna wylatuje „strzała”, która przebija ramię jednego z bohaterów i
przybija go do ściany łódki
3.Główna bohaterka:
A)
krwawi, ale wchodzi do wody pełnej rekinów
B)
pływa szybciej od rekina
C)
rekiny jej nie atakują
4.Rekiny podpływają pod
sam brzeg, niektóre „wskakują” nawet na plażę i zagryzają ludzi
5.Bohaterem okazuje się młody student, karcony przez swojego wykładowcę, że
zajmuje się bzdurami, zamiast nauką, a tymczasem ta bzdura (zgadza się),
czyli radyjko wypuszczające jakieś fale, odstrasza krwiożercze bestie. Tzn.
on to załącza i rekiny jak gdyby nigdy nic, odpływają. Super.
6.HIT: nigdy w życiu nie
słyszałem, żeby rekiny pływały w wielkich grupach. Tutaj mamy scenę, gdy
plaże atakuje ok. 40 rekinów.
W tym momencie prawie
zwątpiłem… Taki szok to zbyt wiele. Dotrwałem jednak do końca i okazało,
się, że rekiny zwabił tam Bryan Brown. Po co i w jaki sposób? Tego twórcy
nie wyjaśniają. Przyjeżdża policja, zgarnia złoczyńcę, a para głównym
bohaterów jest razem. Były chłopak został zabity, więc sprawiedliwości stało
się zadość. Czy jednak rekiny nie wrócą, zastanawia się pani wynajmująca
łodzie…Tego nikt nie wie… Tym bardziej wykończony psychicznie widz.

Epilog:
Teraz już całkiem serio. Film
ten, to najgorszy gniot jaki widziałem. Nudny, z beznadziejną, sztywną grą
aktorów, denną fabuła, zdjęciami i muzyką. Pełen absurdów i patologicznych
pomysłów. Stada rekinów, tabletki działające zaraz po zażyciu, radyjko, które
odstrasza rekiny, czy idiotyczne dialogi to części, które składają się na
ten żenujący spektakl.
Ten film miał być horrorem młodzieżowym. I faktycznie, jego oglądanie jest
horrorem. I stratą czasu. Widziałem wiele różnych filmów, ale to jedyny,
który jest tak fatalny, że ciężko to sobie wyobrazić. Oglądanie go to
katorga, ogromna męczarnia. Widząc nieporadność reżysera i scenarzysty
(jeśli ktoś taki w ogóle był) zastanawiałem się, kto dał pieniądze, na taki
produkt. Uwierzcie mi, filmy Uwe Bolla, przy tym gniocie, to dzieła sztuki.
Jedynym plusem jest to, że po jego obejrzeniu mogę powiedzieć, że widziałem
już wszystko…