| |
    
GREEN LANTERN
CORPS RECHARGE TP
    
Green
Lantern Corps Recharge to sześcioczęściowa mini-seria,
będąca wstępem do drugiej po "Green Lantern Ongoing" serii –
"Green Lantern Corps". Twórcy
Geoff Johns, Dave Gibbons oraz Patrick Gleason, zaznajamiają
czytelników z nowymi postaciami, które miałyby odgrywać
znaczącą role w przyszłości korpusu.
Po sadze "Green Lantern
Rebirth", wydawnictwo DC stanęło przed zadaniem odbudowy
swej międzygwiezdnej supergrupy. Zadanie to zostało
powierzone już wcześniej wymienionym scenarzystom: Geoffowi
Johnsowi i Dave’owi Gibbonsowi. Wkrótce potem dołączył do
nich rysownik Patrick Gleason (JSA, Aquaman). Trzeba
przyznać, że mieli niełatwe wyzwanie - stworzenie nowych
postaci, takich, które zyskałyby sympatię fanów GL.
"GL Corps – Recharge" – jest
to komiks pełen dynamizmu i wartkiej akcji. Starzy wyjadacze
korpusu (Kyle Rayner, Guy Gardner, Kilowog i inni) stają
przed zadaniem wytrenowania potencjalnych kandydatów na
nowych Green Lanternów. Wśród nich są takie postacie jak:
Soranik Natu z Korugaru (rodzimej planety Sinestro), Vath
Sarn (z planety Rann) oraz Isamot Kol (mieszkaniec planety
Thanagar – znanej z serii "Hawkman"). Autorzy od razu
wypuszczają czytelnika na głęboką wodę i praktycznie od
samego początku komiksu jesteśmy wciągani w wir akcji. Ta
niestety nie utrzymuje stabilnego poziomu i jest zmienna pod
względem jakościowym. Zacznę jednak od początku.
Wszechświat i planeta Oa są
zagrożone (jak to dumnie brzmi), w związku z ekspansją
„Cechu Pająków”. Ta mroczna organizacja, pochodząca z
systemu Vega, tworzy niewielki czarne dziury, przez które
wyłapuje Green Lanternów, których następnie morduje. Ich
kolejnym celem ma być Oa – dom strażników wszechświata. Cały
komiks jest w skrócie pojedynkiem między korpusem GL, a
„Cechem Pająków”. Jak już wcześniej wspomniałem GL -
Recharge nie trzyma równego poziomu. Bardo podobały mi się
wszelkiego rodzaju sceny batalistyczne oraz wizja kosmosu
artysty. Smaczku dodaje fakt, że zmuszeni przez okoliczności
śmiertelni wrogowie Vath Sarn i Isamot Kol, walczą razem
przeciwko wspólnemu złu. Wielkim plusem jest również
charakterystyczny humor Guya Gardnera; znany fanom GL już od
wielu, wielu lat. Na uwagę także zasługuje fakt, że w
komiksie gościnnie pojawia się Hal Jordan i John Stewart. To
były rzeczy, które mnie ujęły.
Niestety GL Corps – Recharge
ma też kilka fabularnych wtop. Przykładem jest chociażby
niczego nie wnoszące, tajemnicze pojawienie się w wyobraźni
Kyle’a Rayner’a – Alex, jego zamordowanej dziewczyny. Jest
to trochę mało sensowne rozdrapywanie przeszłości, a
przecież autorom komiksu powierzono zrobienie czegoś
przyszłościowego. Kolejną rzeczą, która mnie zniechęciła
jest uproszczony finał. Mając ograniczone miejsce (TP składa
się z 6ciu zeszytów), Johns i Gibbons w naiwny sposób
zamykają mini-serię; dobro zwycięża, zło przegrywa, a
„żółtodzioby” stały już się pełnoprawnymi Green Lanternami.
Autorzy nie przedstawili nam zbyt wiele informacji o nowych
w korpusie, a w przeciągu sześciu zeszytów owe postacie są
już w pewnym stopniu wykreowane na wzór nowych frontmenów
GL. Moim zdaniem nie tędy droga.
Od strony graficznej GL Corps
- Recharge oceniam rewelacyjnie. Patrick Gleason to świetny
artysta, który doskonale włada ołówkiem. Oddaje w rysunkach
jednocześnie ducha Green Lanterna ubiegłych lat oraz wnosi
dużo innowacji. Połączeniu z piękną kolorystyką (Moose
Baumann) sprawia, że możemy zastanawiać się, czy nie jest to
komiks o GL prezentujący się najbardziej okazale od strony
graficznej wszech czasów. W mojej ocenie Patrick Gleason
przerasta zdecydowanie Ethana Van Scivera. Taka jest moja
prywatna opinia.
GL Corps – Recharge to komiks
nienajgorszy. Polecam go wprawdzie każdemu fanowi GL
(chociażby by podziwiał sztukę Gleasona), ale nie wiem czy
mógłbym go polecić każdemu fanowi komiksów ogólnie.
    

     |
|