| |
    
HELLBLAZER: NIEBEZPIECZNE NAWYKI (TOM 1)
    
Tworząc
sagę o potworze z bagien, scenarzysta Allan Moore, wplótł
stronach swojego komiksu postać Johna Constantina tylko w
ramach roli epizodycznej, a tym samym stworzył nieświadomie
jedną z najciekawszych ikon komiksowego uniwersum. Gdy
bohater spodobał się szerszemu gronu odbiorców, zapadła
decyzja o wydaniu osobnej serii przygód Johna Constantina.
Prawdopodobnie tytuł komiksu miał brzmieć Hellraiser, jednak
był już zajęty przez brytyjskiego twórcę horrorów Clive’a
Barkera. Pierwszymi autorami serii był Jamie Delano wraz z
rysownikiem Johnem Ridgway’em i Davem McKean’em jako
rysownikiem okładek. Przez serię przewinęło się wiele
ciekawych nazwisk światka komiksowego, jak Garth Ennis, Paul
Jenkins czy Mike Carey.
Paradoksalnie, komiks
wydawany jest w Stanach od 1988r, zaś w polskiemu
czytelnikowi został udostępniony po 20 latach czekania.
Straszny to fakt, ale prawdziwy. Myślę że polscy fani,
trzymając w dłoniach pierwszy zbiorek pod tytułem
„Niebezpieczne nawyki” mogą po tak długim czasie oczekiwań,
oddać się lekture wyśmienitej i kultowej już serii grozy lat
90-tych, z prawdziwymi wypiekami na twarzy.
Garth Ennis musiał czuć już
od samego początku pracy nad historią, że to będzie
prawdziwe wyzwanie. Dostać tak sztandarowy tytuł grozy
wydawnictwa DC pod swoje pióro – to zobowiązuje i wiąże się
ze sporą odpowiedzialnością, jaką ten młody autor taszczył
na własnych barkach. Czy mu się to udało? Czy nie poniósł
klęski?
„Niebezpieczne Nawyki”
rozpoczynają się wewnętrznym monologiem Constantina, z
którego dowiadujemy się, że jest chory na raka płuc. Tak
jest, pogromcę demonów i ulicznego magika pokonuje tak
prozaiczna rzecz, jak papierosy. No cóż, Constantine to
także przecież człowiek i to bardzo nałogowy. W dalszych
odsłonach widzimy zmagania z chorobą Johna, oraz
poszukiwania sposobów na oszukanie własnej śmierci. Dla mnie
najważniejsze było to, że Hellblazer nie stracił nic ze swej
świeżości. Cynizm, zero kompromisów i uliczny styl życia
awanturnika spod ciemnej gwiazdy wciąż sprawiają dobre
wrażenie podczas lektury, bo przecież Constantine to
modelowy przykład literackiego antybohatera, którego jednak
ciężko nie lubić. Na wielki plus zasługuje scena, w której
John zaprasza na drinka samego Anioła Śmierci i tym samym
wykupuje z piekła duszę przyjaciela. Jest zgrabnie napisana
i bardzo dobrze przedstawiona, buduje przy tym umiejętnie
nastrój grozy.
Jak dalej Constantine
poradził sobie z trójcą szpetnych demonów i jak wygrał z
rakiem? Dla uzyskania tych odpowiedzi odsyłam do samego
komiksu, bo wierzcie mi – zbiorek autorstwa G.Ennisa i
świetnej kreski Williama Simpsona to prawdziwy majstersztyk
wart waszych pieniędzy.
    

     |
|