| |
KIEDYŚ
Testament Menahema Ben Jaira
1.
Cena nienawiści
Tamten
ogród miał swego węża, zaś ten miał jego.
Tkwiło
w tym jakieś ułomne piękno, osobliwa symetria. Wąż słowami
jak miód sprowokował niegdyś pierwszą zdradę, ugryzienie
zakazanego owocu i grzech pierworodny na wargach pierwszego
słabego człowieka. Jego własna zdrada dokonała się pod maską
miłości, znów poprzez wargi, przypieczętowana pocałunkiem.
Piękno scenerii jeszcze uwydatniło szpetotę obu zdrad. To
była agonia ogrodu.
Iskariota poczuł w dłoni ciężar srebra.
O ileż
większy był to ciężar niż powinno ważyć kilka monet. Jednak
teraz były one czymś więcej niż kilkoma monetami, czyż nie?
Były życiem przehandlowanym za srebro. Były jego winą.
Zamknął dłoń na wytartej skórzanej sakiewce, zaciskając
pięść. Ile warte było życie? Tak naprawdę? Sporo o tym
rozmyślał od czasu pocałunku. Czy to ciężar monet, którymi
je opłacono? Garść żelaznych gwoździ wbitych w drewniany
krzyż, który je zakończył? Albo ciało pozostawione na pastwę
ptaków żywiących się padliną? One wszystkie? Żadne z nich?
Pragnął wierzyć, że było to coś bardziej duchowego, bardziej
uczciwego: wpływ, jaki człowiek wywiera na otoczenie, suma
dobra i zła, uczynków i myśli.
– Weź
je, proszę. – Podał sakiewkę rolnikowi. – To pięć razy tyle,
ile warta jest ta ziemia. Nawet więcej.
– Nie
chcę twoich krwawych pieniędzy, zdrajco – mężczyzna
odkaszlnął i splunął na ziemię między jego stopami. – Idź
sobie.
–
Dokądże mogę pójść? Jestem sam.
–
Dokądkolwiek, byle daleko stąd. Gdzieś, gdzie ludzie cię nie
znają. Gdybym był tobą, to wróciłbym do świątyni i spróbował
odkupić swoją duszę z powrotem. – Mężczyzna odwrócił się do
niego plecami i odszedł, pozostawiając samotnego Iskariotę
na polu. – A gdyby to nie się nie udało – krzyknął, nie
odwracając się – to zdałbym się na Bożą łaskę.
Iskariota podążył wzrokiem za spojrzeniem mężczyzny do
stojącego samotnie na polu sczerniałego drzewa. Przed laty
uderzył w nie piorun, rozłupując je pośrodku. Jego drewniane
wnętrzności zgniły, ale nadal sterczała jedna wisielcza
gałąź, przyzywając go na tle ciemniejącego nieba.
Cisnął
sakiewką w urągające mu drzewo. Jeden ze szwów pękł, kiedy
uderzyła o ziemię, i monety rozsypały się po spieczonej
ziemi. Chwilę potem był już na kolanach, szukając ich
gorączkowo. Łzy żalu po stracie płynęły mu twarzy
strumieniem. Po stracie, ale nie człowieka, którego
zdradził, lecz tego, którym sam niegdyś był i którym mógł
być. Leżał tam, gdy słońce się zniżało, i pragnął, by
wypaliło jego ciało i zwęgliło kości, ale nadszedł zmierzch,
a on wciąż był żywy.
Pod
prażącym słońcem powlókł się chwiejnym krokiem z powrotem
przez bramy Jerozolimy i godzinami wędrował po ulicach.
Cielesne udręki tonęły w pocie wylewanym w upale. W
powietrzu nie było zmiłowania. Nikt na niego nie patrzył,
ale on sam nie był w stanie znieść widoku rozciągniętego
przed nim własnego cienia, więc dlaczego inni mieliby chcieć
na niego spoglądać? Zasługiwał na ich nienawiść. Osłonił
oczy i spojrzał w górę, w stronę wzgórza ukrzyżowań. Zdało
mu się, że dostrzega cień krzyża, czarny na trawiastym tle.
Żołnierze już dawno zdjęli ciała. Teraz jedynymi cieniami
tam w górze były duchy.
W
świątyni wyśmiano go, gdy błagał faryzeuszy, by przyjęli z
powrotem srebro w zamian za jego wyznanie win i
rozgrzeszenie.
– Żyj
z tym, coś uczynił, Judaszu, synu Kariotu. Tym jednym
postępkiem ugruntowałeś swoją spuściznę. Twoje imię będzie
trwało: Judasz zdrajca, Judasz tchórz. Pieniądze są twoje,
Iskarioto, to twoje brzemię. Nie możesz na powrót kupić
niewinności własnej duszy, a i przecież to nie tak, żeś nie
zabijał już wcześniej. Idź sobie, twój widok budzi w nas
odrazę – rzekł faryzeusz, zamaszystym ruchem ręki wskazując
wszystkich wiernych zgromadzonych na modlitwę. Odtrącił dłoń
Iskarioty, rozsypując kurczowo trzymane przez niego srebro
po kamiennej posadzce. Judasz upadł na kolana, jak gdyby
płaszczył się u stóp świątobliwego męża. Z pochyloną głową
pozbierał porozrzucane monety. Świątobliwy kopnął go
pogardliwie. – Zabierz swoje krwawe pieniądze i idź precz,
zdrajco.
Iskariota podniósł się z trudem i pokuśtykał w kierunku
drzwi.
W
drodze do Getsemani dojrzał znajomą sylwetkę Marii
Magdaleny, siedzącej na poboczu. Chciał do niej podbiec,
upaść do jej stóp i błagać o wybaczenie. Ona straciła jakże
więcej niż reszta z nich. Podniosła wzrok, zobaczyła go i
uśmiechnęła się smutno. Jej uśmiech sprawił, że zamarł. Czuł
ciężar monet w swojej dłoni. Nagle stały się tak ciężkie jak
miłość i dwakroć tak zimne. Wstała i wyciągnęła do niego
ręce. Nigdy wcześniej nie kochał jej mocniej niż w tej
chwili. W wielu sprawach postąpił wbrew naukom swego
przyjaciela, ale w niczym bardziej niż w pragnieniu kobiety,
którą kochał. Padł w jej ramiona i objął ją; wstrząsał nim
potężny szloch. Nie był w stanie płakać. Po wszystkich tych
łzach, jakie wylał, czuł się pusty.
– Tak
mi przykro. Tak mi przykro.
Uciszyła go, łagodnie przeczesując mu włosy palcami.
–
Szukają cię. Mateusz podburzył w nich gniew. On cię
nienawidzi. Zawsze tak było, ale teraz ma usprawiedliwienie.
Tracą głowy z rozpaczy i żałości, Judaszu. Nie możesz tu
zostać, bo inaczej zabiją cię za to, coś uczynił. Musisz
odejść.
– Nie
ma już dokąd iść, Mario, on się o to zatroszczył. To jego
odwet – zaśmiał się z goryczą. – Nie powinienem był nigdy...
Przykro mi. To nie miało się tak skończyć. A wszystko to
dlatego, że nie mogłem cię nie pokochać, taki ze mnie
głupiec.
– Nasz
bóg jest zazdrosny – powiedziała. Słychać było, że jest
zupełnie wyczerpana. Ta pustka w jej głosie raniła głębiej
niż jakiekolwiek słowa. Płakała, ale w jej łzach nie było
mocy. – Proszę, idź.
– Nie
mogę – odparł, i wiedział, że tak jest naprawdę. Musiał
zostać odszukany. Musiał poczuć ciosy rzucanych przez nich
kamieni, musiał doznać ich gniewu łamiącego mu kości. To
życie było dla niego skończone. Rolnik miał rację, pozostała
mu już tylko boskie zmiłowanie. Ale jakież to było
zmiłowanie? Jaką łaskę niosło pozbawienie się życia, gdy
bramy niebios zamknęły się dla niego? Umysł Judasza nękały
wątpliwości, i tak działo się od wielu dni. Jego przyjaciel
wiedział, że on nie będzie w stanie żyć z krwią na rękach, a
jednak usilnie prosił o tę zdradę. Zatem być może to
ukamienowanie miało być rzeczywistym ostatecznym
zmiłowaniem?
–
Proszę.
–
Niech przyjdą. Stanę przed nimi i umrę z tą resztką
godności, jaka mi pozostała.
Otarła
łzy.
–
Proszę. Jeśli nie dla mnie, to zrób to dla naszego syna –
ujęła jego dłoń i przyłożyła ją płasko do swego łagodnie
zaokrąglonego brzucha.
–
Naszego syna – powtórzył, padając przed nią na kolana.
Ucałował jej dłonie, a potem brzuch, przyciskając twarz do
zgrzebnej tkaniny jej sukni. Słowa faryzeusza wciąż
dźwięczały mu w głowie: Judasz Zdrajca. Jaka mogła istnieć
większa zdrada? Wcisnął podartą skórzaną sakiewkę w jej
dłonie. – Proszę, weź je, dla chłopca, dla ciebie.
W
odbiciu w oczach Marii zobaczył życie, które utracił.
Wiedział, że go kochała, i wiedział też, że miłość to nie
wszystko. Nie potrafił jej powiedzieć, jak samotny poczuł
się w tej chwili.
Odwróciła się od niego.
Opuścił ją, wędrując długą drogą ku śmierci. Miał czas na
rozmyślania, miał czas na wspominanie obietnicy, którą
złożył, i czas na to, by jej żałować. To był marsz
wypełniony rzeczami dokonującymi się po raz ostatni – Judasz
patrzył, jak słońce opada poniżej linii drzew; czuł wiatr na
twarzy; smakował na języku suche powietrze; zdjął szatę i
nagi wszedł do ogrodu.
Czekali na niego.
Nie
cofnął się przed bólem i nienawiścią w ich oczach. Nie
próbował się usprawiedliwiać. Stał przed nimi obnażony.
–
Zabiłeś go – odezwał się Mateusz, przeklinając go. To były
ostatnie słowa, jakie usłyszał Judasz Iskariota. Mateusz
trzymał w dłoniach sznur. Był zawiązany w pętlę.
Z ulgą
przyjął pierwszy kamień rzucony przez Jakuba, gdy trafił go
w skroń. Nie wzdrygnął się. Nie poczuł go. Tak jak nie
poczuł drugiego od Łukasza, ani trzeciego ciśniętego przez
Jana. Kamienie uderzały jeden za drugim, każdy rzucany z
większą siłą od poprzedniego, aż powaliły Iskariotę na
kolana. Wszystkim, co czuł, była agonia ogrodu. Mateusz
wystąpił naprzód ze sznurem i zarzucił pętlę na szyję
Judasza.
Judasz załkał.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
2. Ten
Ogród
Chłopiec spoglądał w górę, na ojca, z uwielbieniem w oczach.
Jair
nigdy nie mógł w ten sposób spojrzeć na swego własnego ojca.
Jakie to uczucie, patrzeć w twarz taką jak ta, którą będzie
się miało samemu, gdy się dorośnie? To zwyczajne prawo, na
jakie zasługiwał każdy chłopiec. Jednak Jair nigdy nie
poznał swego ojca. Zamordowano go, zanim Jair się urodził.
Ten ogród to jedyne miejsce, w którym czuł się blisko niego.
Jair czasami przychodził tu w nocy i wyobrażał sobie, że
westchnienie wiatru wśród gałęzi oliwnych to głos jego ojca.
Jego matka raz po raz błagała go, by tu nie chadzał, by nie
pogrążał się w przeszłości. To miejsce dla duchów, mawiała.
Jair nie wiedział, czy miała na myśli przeszłość czy ten
ogród, czy jedno i drugie. To nie miało znaczenia. Teraz
sama była duchem. Kiedy podnosił ktoryś z porozrzucanych
kamieni, nie mógł się nie zastanawiać, czy to właśnie ten,
który uśmiercił jego ojca. Wyczuwał kciukiem jego ostre
krawędzie. Niejeden raz mocno chwytał kamień i podnosił go
do skroni, próbując poczuć ten sam ból, jaki musiał odczuwać
Judasz, ale nie potrafił. Żaden kamień na świecie nie był w
stanie uchwycić bólu jego ojca, gdyż to nie był ból
fizyczny. On wiedział to lepiej niż ktokolwiek.
Ojciec
i syn, trzymając się za ręce, wkroczyli do Getsemani pod
oliwnym łukiem.
Ogród
był cały w kwiatach. Wszędzie wokół nich panowało szaleństwo
barw, od subtelnych różnic po gwałtowne kontrasty. Jair
wziął głęboki wdech i poprowadził Menahema przez ogród w
stronę małego sanktuarium z białego kamienia. Trawa była
upstrzona złotymi cętkami światła w miejscach, gdzie słońce
przebijało się przez baldachim liści. Otaczał ich każdy
możliwy do wyobrażenia zapach. Pomimo upału, mężczyzna
zadrżał. Kapliczka miała za sobą lepsze czasy. Oblicze
posągu pokryły porosty. Wokół sanktuarium rozłożono kilka
ofiarnych drobiazgów: figurkę wykonaną z oliwnych gałązek i
powiązaną trzciną, gwóźdź, fragment tabliczki ze znakiem
krzyża oraz monetę. To była ofiara Jaira, pamiątka drugiego
uczestnika tragedii w ogrodzie. Wszyscy pamiętali zdradę,
ale zapomnieli o poświęceniu. Jego syn mocniej ścisnął jego
dłoń, jak gdyby wyczuwając jego niepokój. Tkwiła w tym
geście szczera czułość, ale nie na tyle silna, by ocalić
duszę człowieka.
Jair
zmierzwił włosy chłopca. To była rzadka chwila czułości ze
strony mężczyzny. Nie wiedział, jak samemu być ojcem. Nie
dlatego, że jego matka, Maria, go nie kochała. Kochała go aż
nadto. Ale on miał twarz swego ojca. Z każdym dniem bardziej
i bardziej przypominał człowieka, którego kiedyś kochała,
zaś to coraz bardziej boleśnie przypominało jej o tym, co
straciła. Jair był żywym duchem. Przez sam fakt, że
przebywał w pobliżu, siadywał na jej kolanach i patrzył na
nią, że uśmiechał się tym samym uśmiechem co jego ojciec,
przywoływał to wszystko z powrotem. Był jej żalem tak samo
jak radością. Jakże to mogło nie zrujnować więzi między
nimi?
– Rób
to, co ja, chłopcze – powiedział i uklęknął, pochylając
głowę w cichej zadumie. Pozostał w tej pozycji bardzo długo.
Ktoś
patrzący z boku mógłby pomyśleć, że zanoszą modlitwę do
zdradzonego mesjasza, jak tylu innych odbywających
pielgrzymki do tego ogrodu. Tak nie było. Jair wspominał
ojca, którego nigdy nie poznał, podczas gdy chłopiec cieszył
się jego bliskością. Była to najprostsza ze wszystkich
przyjemnych rzeczy.
– Inni
mogą zapomnieć, ale ja będę pamiętał – Jair obiecywał duchom
w ogrodzie. – Inni mogą nienawidzić, ale ja będę kochał. –
Słowa były czymś więcej niż tylko obietnicą; były ewangelią
nieżyjącego człowieka. – Inni mogą być ślepi, ale ja będę
widział. – Podniósł wzrok. Miał zaczerwienione oczy, ale nie
było w nich łez. Tak dziwnie było myśleć, że to właśnie
tutaj nastąpił kres miłości. Popatrzył na syna i poczuł
jedynie smutek. Chłopiec tak szybko dorastał. Teraz był już
wystarczająco duży, żeby odróżnić prawdę od kłamstwa. To
dlatego go tutaj przyprowadził. – Podejdź tu – odezwał się,
szeroko rozkładając ramiona. Chłopiec zerwał się i rzucił w
objęcia ojca. Uścisk wydawał się trwać bez końca, aż
wreszcie mężczyzna się odsunął. – Nadszedł czas, żebym ci
opowiedział, co się tu wydarzyło – powiedział.
Jair
sięgnął między poły swoich ubrudzonych drogą szat i wyjął
sfatygowaną skórzaną sakiewkę, którą dała mu matka. Był w
tym samym wieku co Menahem, kiedy przyprowadziła go w to
miejsce, żeby mu opowiedzieć o jego ojcu. Aż do tamtego dnia
nigdy wcześniej o nim nie mówiła. Poczuł w dłoni ciężar
srebra. Monety fascynowały go, kiedy był młodszy. Teraz
znajdował w nich dziwną pociechę. Położył sakiewkę na ziemi
między sobą a synem. O ile dobrze pamiętał, siedzieli z
matką w tym samym zakątku, być może nawet pod tym samym
drzewem. Ona by to pochwaliła. Lubiła symetrię, znaki i
kręgi.
– W
tym miejscu umarł mój ojciec – powiedział. – Po dwakroć.
– Nie
rozumiem – odparł chłopiec.
Bo i
czemu miałby rozumieć, pomyślał Jair, szukając słów, żeby to
wytłumaczyć.
– Raz
umarł jego duch, a potem jeszcze raz jego ciało, krew i
kości. Ludzie mówią o zmartwychwstaniu Jezusa, wychwalają
człowieka, który żył po dwakroć, ale zapominają o moim ojcu,
człowieku, który po dwakroć umarł. Najpierw zniszczyli jego
duszę, zmuszając go do spełnienia przyrzeczenia, a później,
kiedy stał się wrakiem człowieka, zniszczyli ten wrak,
roztrzaskując go kamieniami. Jednak my, nieliczni, my
pamiętamy. Mój ojciec działał dla Sofii. Czy rozumiesz, co
to oznacza, kiedy tak mówię?
Chłopiec pokręcił głową.
–
Sofia to Boska Mądrość, Wiedza Boga. A zatem kiedy mówię, że
Judasz Iskariota działał dla Sofii, mam na myśli to, że
trudził się dla Boskiego Celu.
–
Wykonywał wolę Boga? – spytał chłopiec.
–
Właśnie tak. Pomyśl o historii, którą znasz, o mesjaszu na
krzyżu, zmartwychwstaniu. Bez zdrady twojego dziadka mogłoby
nie być zmartwychwstania. Bez śmierci i zmartwychwstania
ludzkość mogłaby nie zostać nigdy oczyszczona z grzechów.
Bez Judasza mogłoby nie być nowej wiary, Menahemie. Nigdy
nie zapominaj o tej prawdzie. On wszystko poświęcił, i
napiętnowano go za to. – Wysypał srebrne monety na trawę i
rozgarnął je palcami. – Wszystko z powodu tego.
–
Pieniędzy?
–
Pieniędzy, jakie dał mu najwyższy kapłan, Kajfasz, w zamian
za pocałunek, którym wskazał swojego przyjaciela, Jezusa.
Teraz z powodu tych monet przedstawiają go jako złoczyńcę,
ale to nigdy nie było tak. W tym miejscu, w noc
poprzedzającą pocałunek, Jezus odciągnął mojego ojca na bok
i prosił go, by był silny, ponieważ już zaczynał się wahać.
Bo widzisz, ta zdrada, ta agonia mu narzucona, nie była jego
dziełem – Jair tak bardzo pragnął, żeby chłopiec zrozumiał,
ale trudno było znaleźć słowa. – Oni byli jak bracia, ich
miłość silniejsza niż więzy krwi. Twoja babcia stanęła
między nimi. Uwielbiała ich obydwu, obu tych wspaniałych
ludzi. Potem powstały te wszystkie nowe kłamstwa, ale taka
jest jej prawda, i od dzisiaj też twoja, żebyś o niej
pamiętał. Nie pozwól, żeby świat zapomniał, chłopcze, i nie
daj im się przekonać, że jest inaczej; oni byli przyjaciółmi
aż do śmierci. Oto jest jedyna prawda. Nie pozwól, żeby
świat o tym zapomniał.
– Nie
pozwolę, ojcze, przyrzekam – odpowiedział uroczyście
chłopiec.
Jair
uśmiechnął się łagodnie.
–
Wiem, mój synu. Wiem.
– A co
się stało potem? – zapytał Menahem, jak gdyby to była jakaś
inna opowieść, którą usłyszał i chciał poznać jej
zakończenie.
– Po
awanturze w świątyni Jezusowi groziło niebezpieczeństwo.
Faryzeusze nie mogli znieść tego człowieka, który wkroczył
pomiędzy biedaków, szerząc przesłanie miłości bez lęku. Bez
lęku, chłopcze, to jest w tym ważne. Miłość bez lęku. Miłość
bez chciwości. Miłość bez zakazów. Wyprowadził ich ze
świątyń, sprowadzając z powrotem na ziemię. Był im
nauczycielem. Nienawidził tego, co uczynili z jego Bogiem,
jak odebrali Go ludziom i ukryli w swoich olbrzymich
świątyniach i w swoich fałszywych bożkach. On pragnął, żeby
ludzie wielbili cud natury, a nie oblicze stworzone przez
człowieka. – Jair podniósł jeden z kamieni i obracał go w
dłoni, tak by chłopiec mógł dobrze widzieć. – Spójrz na ten
kamień, zobacz go właściwie, zobacz cud czasu i tarcia, i
sił ziemi, które musiały złożyć się razem na to, by ścisnąć
go w jego ostateczny kształt. To, chłopcze, jest cud na
miarę Boga. Układanie ich rzędami jeden na drugim po to,
żeby zbudować mur, to tylko rozsądek. Czy zauważasz różnicę?
Chłopiec zastanowił się nad tym przez chwilę.
– Tak,
ojcze – powiedział w końcu. – Kamień zawsze tam był, bez
względu na kształt, jaki dla niego wybierzemy. Tak jak
drzewo. Samo w sobie może dawać odpoczynek i cień, rodzić
owoce i zaspokajać nasze potrzeby, ale cieśla może je
zmienić tak, żeby je dostosować do własnych potrzeb.
Jair
uśmiechnął się. Chłopiec miał bystry umysł.
– A co
z tego jest cudem?
– To
pierwsze, drzewo.
–
Jednak obie rzeczy są stworzone, czyż nie?
– Nie,
ojcze, jedna jest stworzona, ta druga jest odtworzeniem.
–
Bardzo dobrze, Menahemie. Bardzo dobrze. – Uśmiech Jaira
stał się szerszy. Mężczyzna zastanawiał się, czy sam tak
łatwo pojął tę koncepcję, kiedy był w wieku chłopca. Miał co
do wątpliwości. – Nazareńczyk odtwarzał Boga z ich ksiąg,
zabierał go ze świątyń na pola, z powrotem do Jego
pierwotnych cudów i przypominał im, że nie potrzebują
kamiennych świątyń, by go wychwalać. To przeraziło
faryzeuszy. We wnętrzach świątyń sprawowali kontrolę nad
ludem. Odrzyj ich z ich świątyń, a obedrzesz ich z władzy.
Gorzej, zmień sposób, w jaki ludzie myślą o swoim bogu,
uczyń z niego miłującego ojca zamiast jakiegoś dalekiego
mściwego bóstwa, oczyszczającego świat przy pomocy potopu i
zarazy, a oddalisz lęk. Bez władzy, bez lęku, ci ludzie byli
niczym. I to przeraziło ich bardziej niż cokolwiek innego.
– A
więc chcieli, żeby Jezus zginął?
–
Właśnie. Chcieli go obedrzeć ze wszystkiego, co czyniło go
wyjątkowym, zakładając, że cokolwiek pozostanie, okaże się
równie tchórzliwe jak oni sami. Nie potrafili pojąć
znaczenia ofiary. Nie było na to miejsca w ich filozofii. A
zatem, żeby sprawić, by cierpiał, sprawili, by cierpieli
ludzie podążający za nim. Po napaści na lichwiarzy,
faryzeusze zwrócili swój gniew przeciwko ludziom słuchającym
przesłania o tym nowym miłującym Bogu, i krzywdzili ich.
Dlatego tu, w tym ogrodzie, Jezus zwrócił się do twojego
dziadka i prosił go, żeby mu pomógł położyć kres ich
cierpieniom. Nawet jeśli to oznaczało kres jego własnego
życia. Judasz nie chciał zdradzić przyjaciela. Jakiż
człowiek by chciał? Ale jaki miał wybór? Ludzie, których
kochał, cierpieli. Faryzeusze prześladowali ich z powodu
Jezusa, zarzekając się, że te cierpienia zakończą się
dopiero wówczas, gdy Jezus zostanie uciszony. Szerzyli
kłamstwa i nienawiść. Posługiwali się oboma, żeby podważać
prawdę na tyle, by ludzie powracali do świątyni po ochronę.
Im zawsze chodziło o lęk. Zawsze lęk. Tak więc obaj
przyjaciele wspólnie ułożyli plan, który raz na zawsze miał
położyć kres tyranii świątyni. I przebywali tutaj, w tym
ogrodzie, w tym samym miejscu, gdzie mój ojciec miał wydać
przyjaciela żołnierzom, w tym samym miejscu, gdzie kamienie
uczniów miały zakończyć jego życie. Tutaj, w tym ogrodzie.
Rozszerzonymi oczyma chłopiec rozejrzał się dokoła, jak
gdyby widząc to miejsce po raz pierwszy. Tam, gdzie były
drzewa i krzewy, on zobaczył duchy. Jair pamiętał to
uczucie. Pamiętał, jak myślał, że widzi ojca leciutko
skłaniającego głowę, i jego uśmiech, gdy matka dała mu
monety. Umysł zna sposób na to, by dać człowiekowi to, czego
mu najbardziej potrzeba. Jair zastanawiał się, kogo zobaczył
chłopiec.
– Ta
obietnica zniszczyła mojego ojca. Zabiła człowieka, jakim
niegdyś był. Zabiła życzliwość i humor, i wszystko, za co
kochała go moja matka. Przez resztę życia był pustą łupiną,
wrakiem, strzępem człowieka. Zresztą nie zostało mu tego
życia za wiele. Matka spotkała się z nim na drodze, która tu
prowadzi. On wiedział, że na niego czekali. Wiedział, że
zamierzali go zabić. Błagała go, żeby uchodził, ale on by
tego nie zrobił, ponieważ pragnął umrzeć.
Coś
poruszyło chłopca.
– O co
chodzi, synu?
–
Dlaczego Jezus sam się nie poddał? Dlaczego potrzebny mu był
dziadek, żeby go wydać? – zapytał poważnie Menahem.
To
było pytanie, które nękało Jaira przez większą część jego
dorosłego życia. Widział, jak ludzie pluli na jego matkę, ci
tak zwani świątobliwi mężowie, i przeklinali ją, i nazywali
nierządnicą. To raniło do żywego. Były to kłamstwa.
Faryzeusze starający się ją oczernić. Jair spytał kiedyś
matkę, dlaczego Judasz musiał umrzeć za tego drugiego
człowieka z jego nową religią. Ponieważ znała obu lepiej niż
ktokolwiek inny, sądził, że może znać odpowiedź. Udzieliła
mu jedynej odpowiedzi, jaka miała sens:
–
Ponieważ on w siebie wątpił. Nie był pewien własnej siły.
Jezus potrzebował kogoś u swego boku, żeby mieć pewność, iż
przez to przejdzie. On się nie tylko poddawał żołnierzom, on
sam składał siebie w ofierze. Musiał wiedzieć, że nie jest
sam. I taka była ofiara, jaką złożył twój dziadek. Oddał sam
siebie, żeby jego przyjaciel mógł zakończyć tyranię
faryzeuszy. – I dlatego ona pozwalała im się opluwać i
nazywać nierządnicą.
–
Musiał być dzielny – odezwał się chłopiec.
Jair
przytaknął, znów zagubiony we wspomnieniach, które nie
należały do niego.
–
Nawet jego przyjaciele odwrócili się od niego, ponieważ nie
mógł powiedzieć im prawdy. Jak wszyscy pozostali, myśleli,
że zdradził Jezusa. Nie rozumieli. Tylu rzeczy nie
rozumieli. Sądzili, że działał wiedziony zazdrością i
chciwością. Myśleli, że chodziło tylko o te przeklęte
monety. Wcale nie. Nigdy tak nie było. Teraz to wiesz. On
utracił wszystko, gdyż był spośród nich najlepszy,
najsilniejszy, najbardziej oddany. A teraz nazywają go
wiarołomnym. – Jair zamknął oczy. Prawdziwa zdrada wciąż
była dla niego jak świeża rana. – Miał wkrótce zostać ojcem,
a jednak dla przyjaciela zrezygnował z szansy, by
kiedykolwiek mnie poznać. – Spojrzał na syna, starając się
wyobrazić sobie siebie na miejscu swego ojca. Wszystkie
wybory, których Judasz dokonał w życiu, zbladły przy tym
jednym, jakiego dokonał w tym ogrodzie. Łatwo byłoby uciec,
zabrać Marię i rozpocząć nowe życie z rodziną. Znajoma fala
goryczy znów w nim wezbrała. – Nie potrafię sobie wyobrazić,
że mógłbym cię nigdy nie poznać – powiedział Jair, ciesząc
się, że oszczędzono mu przynajmniej tej męki.
Pozbierał srebro i wręczył sakiewkę synowi.
–
Teraz należą do ciebie. Myśl o nich jako o ostatniej
pamiątce ofiary twojego dziadka. Nie możemy zapomnieć
prawdy. Chociaż tyle jesteśmy mu winni, czyż nie?
–
Nigdy nie zapomnę – przyrzekł Menahem.
|
|