| |
Noc w dużym mieście miała wiele do
zaoferowania trzydziestoparoletniemu samotnemu mężczyźnie. Ale w
tym wieku, kiedy młodemu poniekąd, człowiekowi przechodzi ochota
zanurzenia się w ten wielowątkowy tygiel nocnego życia zaczyna
on, co raz częściej zastanawiać się nad jego sensem, szeroko
rozumianym egzystencjonalizmem itd., samotne przechadzki pustym
bulwarem o 3 nad ranem stają się częścią codziennego rytuału,
zupełnie tak jak poranne golenie, papieros po obiedzie i temu
podobne sprawy. A tak naprawdę, w gruncie rzeczy chodzi o
przenicowanie ideałów i ten głęboki żal za czymś utraconym.
Pustka i tęsknota to jakby wycie do księżyca, który ukazuje swe
pomarszczone oblicze w każdej napotkanej kałuży. Dlatego
skaczemy w nią i chlupiemy wodą dookoła. Nikt i tak o tej porze
nie zwróciłby na to uwagi, nawet gdyby ktoś na chwilę
przystanął, rozejrzał się, zapatrzył... Wszystkich ludzi, którzy
o 3 nad ranem znajdują swój azyl na niemalże pustej ulicy, łączy
jakieś nieme porozumienie. Przechodzący obok siebie: piekarze,
śmieciarze, pracownicy wracający z drugiej zmiany i cała rzesza
bezdomnych, tworzą... nie oni bezszelestnie zrzeszają się w
grupę zupełnie świadomą swej odmienności. Któż kiedykolwiek, w
środku dnia, w największym ulicznym ruchu odnalazłby tyle
uprzejmości i zrozumienia, tyle człowieczeństwa? To taki
paradoks: im nas dokoła więcej tym mniej uwagi zwracamy na
drugiego człowieka. Nie należy jednak rozumieć tego opacznie. Tu
na ulicy, o tej porze nikt nie zwróci na Ciebie większej uwagi,
dopóki nie zaczniesz oddychać tym samym, co oni powietrzem.
Wtedy dostrzegasz te wszystkie drobiazgi, te wszystkie detale,
szczególiki, z których składają się ludzie. Twarze, grymasy,
gesty, postury, kroki, ich rytm. Rytm delikatny i niepozorny.
Nie powstanie z tego le matinee Haydna, nie jest to już nokturn
Chopina, to pieśń wilkołaków. Wszyscy jesteśmy z innej epoki –
tej romantycznej. Tęsknimy za śpiewem ptaków w gęstwinie
zielonych drzew, czujemy pod stopami miękkie i soczyste poszycie
trawiastych kobierców.
Tak, my wilki jesteśmy z krainy poetów.
Maćka poznałem na pierwszym spotkaniu dla początkujących
pisarzy, czyli tzw. warsztatach literackich w Krakowie. Wysoki
brunet, barczysty, z łapami jak bochny chleba, nie wyglądał na
literata i z początku pomyślałem, że facet znalazł się tu
zupełnie przypadkowo. W dodatku był na lekkim rauszu, a w
reklamówce, do której co po chwilę sięgał, obijały się butelki.
Na pierwszy rzut oka typowy krakowski żul z Plant, z takich, co
to nawet mogli po drodze skończyć jakieś studia, ale w którymś
momencie podwinęła im się noga no i proszę ni z tego, ni z owego
lądują na prelekcji. Tak jakby miało im to przypomnieć stare
dobre studenckie czasy. Przekrwione oczy wyzierały z
zarośniętego oblicza (też kiedyś nosiłem brodę, ale za bardzo
przypominałem żula i zgoliłem). Wyglądał trochę jak Morrison z
okładki The American Poet. Ale tylko trochę. Podobnych typów
znałem, bowiem dziesiątki i każdy, w jakimś momencie swojego
życia był poetą. Ale nie oto chyba chodziło Przybosiowi, kiedy
powiedział, że „poetą się nie jest, poetą się bywa”. Do Maćka
można by to odnieść w ten sposób, iż kiedy poetą się już jest,
to prędko trzeba się czegoś napić. I tak na pierwszy rzut oka
wyglądał Maciek.
Na sali było gorąco jak diabli, więc z pewną dozą nieśmiałości
zerkałem na butelki tyskiego spoczywające w reklamówce sąsiada z
ławki. Dokładniej ostatniej ławki, w ostatnim rzędzie bardzo
długiej sali. Ten musiał chyba dostrzec moje błagalne spojrzenie
i podał mi butelkę, którą zręcznie otworzył za pomocą
zapalniczki. A, że była to ostatnia ławka, w ostatnim rzędzie
bardzo długiej sali...
- Dzięki. Cholernie tu gorąco - powiedziałem i odchrząknąłem
(odkąd pamiętam zawsze miałem chrypkę).
- Maciek – Przedstawił się i uścisnął silnie moją dłoń, tak, że
prawie coś mi przeskoczyło.
Od razy wiedziałem, że gość jest w porządku. Piliśmy piwo i nikt
nie zwracał na nas uwagi. Być może, dlatego, że sala wypełniona
była całą gamą przedziwnych indywidualności, z których każde
zajęte było studiowaniem i epatowaniem własnego ja. Ktoś
ostentacyjnie dłubał w nosie, inny po cichu puszczał bąki, drugi
udawał, że nie widzi, a cała reszta chciała jak najlepiej
zaprezentować się zadając prowadzącemu, nierzadko, głupie
pytania.
Następnego dnia Maciek pokazał mi poplamiony maszynopis swojej
pierwszej powieści. Na pierwszej stronie widniała sporych
rozmiarów plama po kawie, a między kartkami sypał się
papierosiany popiół. Powieść jak powieść - żadna rewelacja, ale
na przyzwoitym poziomie i dobry warsztat. Coś o wilkach,
Indianach, totemach i duchach przeszłości. Zaklasyfikowane jako
horror. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. W sumie nie było to
takie złe, szczególnie spodobał mi się fragment o tym jak facet
przemienia się w wilka - to było coś jakby encyklopedyczny opis,
jakby rzecz ta była najzwyczajniejszą w świecie, a autor
wyjaśnia ją jedynie w celu przypomnienia lub też by popisać się
ogromem własnej wiedzy (to tak jakby facet, piszący powieść ze
starożytną Grecją w tle, objaśniał co to jest tympanon - niby
każdy wie, a jednak fachowa definicja to nie to samo). Ale była
to w zasadzie jedyna rzecz, która przyciągnęła moją uwagę. Nie
wiem, może spodziewałem się po moim kumplu czegoś znacznie
lepszego. Sam pisywałem lepsze rzeczy, z tym, że nigdzie ich
jeszcze nie wydałem. No dobra, po co się oszukiwać - pisywałem,
pisywałem, ale niczego tak na dobrą sprawę nie skończyłem.
Miałem mnóstwo pomysłów i dziesiątki niedokończonych opowiadań.
Maciek miał determinację i dobry warsztat, ale brakowało mu
ostatniego szlifu. Można też było lepiej rozwinąć niektóre
wątki. W końcu postawiłem na szczerość i powiedziałem mu o tym.
Bez bólu przyjął moją krytykę i widziałem, że jest mi szczerze
wdzięczny, że nie kadzę mu tylko rzetelnie mówię jak sprawa
stoi.
Przez następne kilka dni podrzucaliśmy sobie opowiadania,
projekty powieści, a nawet wiersze. I tak się zaczął
najpiękniejszy rozdział w moim życiu...
Mieszkałem wtedy na poddaszy żydowskiej kamienicy - takiej z
kiblami na korytarzu (powinni tego dawno zabronić), której
garbatonosi właściciele w życiu nie słyszeli o czymś takim jak
Sanepid. Ciasne, ale własne, a przede wszystkim tanie mieszkanie
z widokiem na obskurny dziedziniec. Z początku Maciek wpadał do
mnie kilka razy w tygodniu i do wczesnego rana siedzieliśmy na
zmianę nad maszyną do pisania, jedyną oznaką luksusu w moim
"apartamencie". Już po niecałym miesiącu skończyliśmy trzy z
zaczętych przeze mnie opowiadań. I były naprawdę dobre. Po raz
pierwszy w moim życiu udało mi się coś skończyć i przy tym
niczego nie spieprzyć. Byłem z siebie naprawdę dumny. I chociaż
co raz mniej spałem, co raz mniej jadłem (zaczęliśmy tęgo pić i
chodzić po barach), czułem się jak nowonarodzony. Niedługo potem
mieliśmy siedem opowiadań i jedną powieść. Opowiadania
opublikowaliśmy wspólnie w miesięczniku literackim, a nasza
powieść "O wilku", czekała na recenzję. Boże, życie było wtedy
naprawdę piękne. Zaczął się okres niekończących się imprez.
Balangi od rana do wieczora, albo od wieczora do rana, już nawet
nie pamiętam, co się, kiedy dokładnie wydarzyło. A działy się
wtedy takie rzeczy... Któregoś razu zaprosiliśmy panienki z
polonistyki, takie z rodzaju wyzwolonych intelektualistek, które
w swoim mniemaniu zaliczają facetów dzięki swemu bogatemu
wnętrzu, a nie cyckom i zgrabnej dupci. Wtedy Maciek ujawnił
swoje talenty aktorskie. Jak kapłan-szaman jakieś dawno
zapomnianej religii zaczął z ogromną charyzmą opowiadać o
dziwnych i tajemniczych rytuałach, duchach, magii i wilkach.
Dookoła ustawione były tworzące krąg świece, Maciek stał
pośrodku. Przysiągłbym, że przez moment widziałem jego nieludzko
płonące oczy. Wilcze oczy - smutne, dzikie i wolne. Przez chwilę
nawet najbardziej rozchichotana z najgłupszych panienek zamilkła
i wpatrywała się w niego z rozdziawioną buzią. Oczy były tylko
złudzeniem, ale kanciasta postać Maćka jaśniała charyzmą i jakąś
dziwną aurą niesamowitości - chyba można by to nazwać magią.
Nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem. Dziewczyny zanim
szalały. To było coś tak niesamowicie przyciągającego ludzkie
osobowości, że mało, kto potrafiłby się temu oprzeć. Chodzi mi o
całe to zdarzenie, nasączone takim niezwykłym mistycyzmem, że
nawet najgłębsze tajemnice Orfików z ich wszystkimi Misteriami
wysiadały przy jego wilczej magii. Maćkowi jednak chyba nie o to
chodziło. Widziałem w jego oczach smutek i zagubienie. To było
tak jakby on chciał nam coś przekazać, a wszyscy chłonęli tylko
jego osobowość. Tak czy siak ja tylko z tego korzystałem i nie
zastanawiałem się nad tym. Odkryłem, że przez ostanie lata
mojego życia nie potrafiłem dostrzegać jego kolorów. Od Maćka
nauczyłem się wielu rzeczy. Po pierwsze, wcale nie
przypuszczałem, że mam takie powodzenie u kobiet. Może było to
także spowodowane tym, że z dnia na dzień stawałem się coraz
bardziej popularny w pewnych kręgach, stałem się w końcu
pisarzem i poetą, ziściło się marzenie mojego życia. Z drugiej
strony zdawałem sobie sprawę, że to wszystko zawdzięczam mojemu
przyjacielowi. Zupełnie tak jak pozostali chłonąłem tę jego aurę
i wszystko zawsze szło tak jak należy. Wszystko nagle zaczęło
wydawać się takie proste.
Po kilku podobnych imprezach, ku memu zdziwieniu przejąłem
pałeczkę i sam zacząłem się stawać duszą towarzystwa. Maciek
zaczął wtedy znikać na całą noc (mówił wtedy, że idzie trochę po
wyć do księżyca), chyba przestało go to już wtedy bawić. A mnie
wprost przeciwnie - czerpałem z życia pełnymi garściami. Od
czasów mojej ostatniej miłości, a w zasadzie pierwszej, nie
miałem żadnej kobiety. Teraz mogłem to sobie odbić z nawiązką.
Co prawda nie znalazłem sobie nikogo na stałe - w końcu druga
młodość to nie to samo co druga miłość, ale było mi naprawdę
dobrze. Nabrałem zdecydowanie większej pewności siebie, która
pozwalała mi... właściwie płynąc prądem - flow with the tide jak
to mawiają nasi amerykańscy koledzy.
Pracowało nam się naprawdę super. Przede wszystkim doskonale się
nawzajem uzupełnialiśmy rozumiejąc się bez słów. Czasami jeden
wprost wyrywał zdanie, które drugi miał właśnie na końcu języka.
W dodatku Maciek zaraził mnie swoją pasją do wilków. Jego
uwielbienie dla tych zwierząt wydawało mi się najzupełniej
normalne. Nigdy nie byłem fanem Czerwonego Kapturka, a wilki
zawsze jawiły mi się jako piękne i szlachetne zwierzęta.
Przywodziły także na myśl wspomnienie dzieciństwa. Dziwne, ale
po wypadku samochodowym, po którym zaczęły się moje kłopoty z
pamięcią, jedynie one kojarzyły mi się z dzieciństwem. Reszta,
jak wszystkie lata mojego dorosłego życia, zlewała się w jedną
wielką szarość.
Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu i stawaliśmy się sobie coraz
bliżsi - najlepsi przyjaciele, którzy mówią sobie wszystko, nie
mają przed sobą niczego do ukrycia. O takich ludziach mówi się,
że z nimi konie kraść, albo, że jeden za drugim skoczyłby w
ogień. I to była prawda. Maciek był mi poniekąd jak brat.
W końcu przystopowałem trochę z imprezami, zaniepokojony
zmianami w zachowaniu Maćka. Zaczęliśmy nocami chodzić zapalić
nad Wisłę. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, czasem w ogóle się
do siebie nie odzywaliśmy, wpatrując się tylko w odbite na
wodzie światła żarzące się niczym pochodnie - wyglądało to tak
jakby w tafli wody odbijał się pożar pochłaniający miasto.
Którejś lipcowej nocy siedzieliśmy i rozmawialiśmy o
dzieciństwie. Sam nie wiem, czemu to właśnie ja poruszyłem ten
temat. Po moim wypadku nie zostało mi już wiele wspomnień z tego
okresu, a poza tym miałem przeczucie, że nie pamiętam dobrze
tamtych czasów, bo po prostu nie chciałem. To trochę tak jak z
uwarunkowaną psychicznie ślepotą - nieliczni cierpiący z jej
powodu mają całkowicie zdrowe oczy i zakończenia nerwowe, a
także części mózgu odpowiadające za widzenie, a mimo tego jednak
nie widzą lub jak to określił pewien doktor medycyny "oni nie
wiedzą, że widzą albo nie chcą widzieć obawiając się tego, co
mogą zobaczyć" - zwyczajnie, pod wpływem szoku występuje u nich
swego rodzaju psychiczna blokada. Bariery tej nie mogą skruszyć
całe lata zabiegów i opieki medycznej. Bo czyż można wyleczyć
pacjenta, który nie jest do końca przekonany o tym, że chce być
zdrowy? Tak, bowiem okazało się w większości przypadków, do
których można również zaliczyć moje niewidzenie przeszłości, z
tym, że w grę wchodziło silne wstrząśnienie mózgu podczas
wypadku i kilka wizyt u neurologa.
- Żadnych wspomnień? - zapytał Maciek
- Nic, absolutnie nic. - odpowiedziałem - Wiesz, to jest chyba
po części tak, że nie chciałem tego pamiętać i teraz w głowie
mam pustkę. W zasadzie jedyną rzeczą, która z czymś mi się
kojarzy to te wilcze oczy. Śnią mi się od dawna, chyba od czasu
jak byłem jeszcze dzieckiem. Nie mogę sobie dokładnie
przypomnieć. I wiesz co?
- No?
- Czy to nie dziwne? Ta twoja schiza z wilkami i w ogóle, jaki
to wszystko ma sens?
- Widzisz bracie - (od tamtego czasu zaczęliśmy się tak właśnie
do siebie zwracać, jak Old Surehand i Winetou) - To wcale nie
przypadek, że się spotkaliśmy. Ty i ja jesteśmy wilkami,
należymy do innej epoki. Najważniejsze to wyzwolić w sobie tę
moc i znaleźć się w zupełnie innym świecie.
- Trochę tak jak Alicja po drugiej stronie lustra, no nie?
- Właśnie. Wiesz jest taka stara indiańska legenda, w którą
mocno wierzę. Mówi ona, że człowiek będący za życia szamanem
staje się po śmierci zwierzęciem, które było jego duchem
opiekuńczym.
- Coś, jak chowańce w książkach fantasy?
- Nie zupełnie. Po śmierci zrzucasz starą powłokę i przybierasz
swoje prawdziwe kształty. To prawdziwa wolność bracie... - nie
dokończył. Rozmowę przerwał nam zbliżający się kloszard
- Ej, ty! Bucu, do ciebie mówię!
- Czego chcesz obwiesiu? - w tym momencie zdawało mi się, że
Maćkowi zaraz puszczą nerwy. Ostatnio był bardzo nerwowy.
- Wszyscy Cię tu znają zjebie, ty jesteś ten, co chodzi i gada
do siebie. Musisz mieć nieźle najebane pod sufitem, co
sierściuchu, zapedalony?
Maciek zacisnął zęby i widziałem wściekłość w jego oczach.
- Spokojnie, nie ma sensu... - starałem się go powstrzymać.
Nadaremnie. Jednym skokiem znalazł się przy zapijaczonym gościu
- wydawało mi się, że słyszałem ciche, głębokie warknięcie -
rzucił nim o ławkę zanim tamten zdążył w ogóle zorientować się o
co chodzi.
- Maciek przestań - podbiegłem. Maciek właśnie wskoczył na ławkę
i pięściami okładał nieprzytomnego żula. Przez sekundę przeszedł
mnie dreszcz - co będzie, jeśli będę starał się powstrzymać
Maćka, a on odwróci się w moją stronę ukazując kły i rząd
ostrych zębów. W tej jednej chwili byłem w stanie uwierzyć, że
mój przyjaciel naprawdę jest wilkołakiem. Ale przed sobą
widziałem tylko Maćka, który jeśli go nie powstrzymam, zaraz
pobije tego włóczęgę na śmierć.
- Przestań stary, co jest z tobą? - chwyciłem go za flanelową
koszulę i odciągnąłem. Spojrzałem mu w twarz, po której teraz
ciekły łzy. Trząsł się cały jak przy ataku epilepsji. Przez
dłuższy czas nie mógł wydobyć z siebie słowa.
- Niech mówią, co chcą i tak niedługo będę wolny.
Było to właśnie coś, co mocno niepokoiło mnie w jego zachowaniu.
Stawał się coraz bardziej agresywny. Momentami czułem
narastające w nim napięcie, tak jakby na coś czekał, coś
nieuchronnie zbliżającego się. Przerażało mnie, że zachowuje się
jak jakiś jasnowidz, czasami zdawało mi się, że wie dokładnie,
co za chwilę powiem.
Ciągle jeszcze chodziliśmy nad Wisłę na papierosa i tym razem
Maciek opowiadał mi o sobie. Jego dzieciństwo było, a raczej
zdaje mi się, że mogłoby być, całkiem podobne do mojego. Dom na
wsi, rodzice, do których czuł ogromny żal za ich głębokie
niezrozumienie jego natury, samotne leśne przechadzki i
zwierzęta jako jedyni prawdziwi przyjaciele. To, o czym mówił
dało mi poczucie jak gdyby Maciek był mi prawdziwym bratem,
którego nigdy nie miałem, i odsłaniał mi tajemnice mojej własnej
przeszłości. To tak jakby wszędzie towarzyszył mi lub ja jemu w
jego spacerach przez dziki las i trawiaste połoniny. Wiedziałem,
że to, co mówił o tym, że obaj jesteśmy wilkami i nasze
spotkanie na warsztatach literackich w Krakowie, nie było
czystym przypadkiem. Mnie również w snach nawiedzały wilki -
wilcze oczy - smutne, dzikie i wolne - i wiedziałem, po prostu
czułem to, że te oczy są kluczem do zagadki mojego dzieciństwa
skrytego mrokami niepamięci. Wiedziałem też, że mój brat, Maciek
dzieli ze mną wiele podobnych tajemnic wilczej magii.
Pewnego dnia Maciek zaproponował mi wspólny wypad w Bieszczady.
Podobno jest tam najwięcej wilków żyjących na wolności. Wszedłem
do domu, a Maciek już tam był. Siedział na jedynym, trochę
wypaczonym, krześle i palił papierosa.
- Słuchaj mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia. Jedziemy
w Bieszczady - powiedział.
- No dobra, kiedy?
- Za godzinę. Spakowałem twoje rzeczy. - Rzeczywiście, śpiwór
leżał zwinięty i przytroczony do plecaka. Maciek wyciągnął swoje
rzeczy zza krzesła, zgasił papierosa i ruszył w stronę drzwi. Ze
zdziwienia nie wiedziałem, co powiedzieć. Popatrzył tylko na
mnie i rzucił krótko:
- Po drodze ci opowiem.
I mówił. O wilkach, snach i przeznaczeniu.
I tak pojechaliśmy w góry, całą drogę nic nie odzywając się do
siebie. Nie musieliśmy. Zdaje mi się, że obaj wiedzieliśmy, po
co tam jedziemy. Kiedy byliśmy już na miejscu od razu
stwierdziłem, że czuję się tu jak w domu. Las, świeże powietrze,
wolność.
Idąc przez dzikie połoniny, nie wymieniliśmy ze sobą ani jednego
słowa. Rzuciliśmy śpiwory na ziemię i pod gołym niebem
czekaliśmy, popijając siwuchę, aż zapadnie noc.
Wtedy Maciek odezwał się po raz pierwszy:
- Lubiłem się tu włóczyć, kiedy byłem mały. - sięgnął po flaszkę
i pociągnął spory łyk. Zapatrzył się gdzieś w dal i w tym
momencie słychać było całkiem bliskie wycie wilka. Zmierzchało,
powoli zbliżała się noc, na niebie księżyc świecił w pełni.
- Chodź - i poszedłem za nim na skraj polany, wiedziony jakby
instynktem.
W pobliżu karłowatej sosny zaświeciły oczy - smutne, dzikie i
wolne. Wilczyca podeszła do mnie i zaczęła się łasić do mojej
dłoni. Maciek popatrzył na mnie takim dziwnym wzrokiem:
pytającym a jednocześnie przepełnionym mądrością i
wyczekiwaniem.
- Rozumiesz? - zapytał
- Tak - Odparłem krótko i zdecydowanie. Nigdy w życiu nie
przeżyłem czegoś podobnego. Tak chciałem być wilkiem! Boże,
pędzić przez dziki las, chłeptać wodę z zimnego strumienia być
wolnym, na prawdę wolnym. Zrozumiałem, wreszcie zrozumiałem!
Dopiliśmy resztę siwuchy i położyliśmy się spać.
Rano obudziłem się i stwierdziłem, że nigdzie nie ma Maćka ani
jego rzeczy. Poczułem się jakoś dziwnie. W jednej chwili prysła
magia wczorajszej nocy. Nie wiedziałem, co się z nim stało.
Zacząłem przeszukiwać okolice polany. Czy zamienił się w wilka i
odszedł? Odszedł za nim zdążył mi wszystko dokładnie
wytłumaczyć?! Czułem złość i byłem okropnie zawiedziony.
Chciałem, by mój brat był tutaj i powiedział mi, co mam dalej
robić.
Wtedy Maciek wyłonił się zza najbliższego drzewa.
Powiedział tylko:
- Nie rozumiesz, nic nie rozumiesz bracie, ale nie martw się
mamy jeszcze czas.
Boże, doprawdy nie rozumiałem nic z tego, co powiedział. Nic.
Mamy jeszcze czas? Na co? Czego nie rozumiem, dlaczego nic nie
chce mi wytłumaczyć? - pytania bez końca obijały mi się w głowie
jak rozrzucone jedną białą bilą kule bilardowe.
W milczeniu wróciliśmy do domu. Czułem smutek i gorycz -
zawiodłem swojego brata.
Po powrocie zacząłem bardzo długo nad tym wszystkim rozmyślać.
Co takiego on chciał mi przekazać? Pamiętam, że już wtedy, na
pierwszej wspólnej imprezie, tej z dziewczynami z polonistyki,
patrzył na mnie tak samo jak przy spotkaniu z wilkiem. Wydaje mi
się, że od samego początku coś usilnie chciał mi przekazać. Ale
co?
Jedno było pewne - Maciek stwierdził, że jeszcze mam czas, by
wszystkiego się nauczyć, wszystko pojąć. Tak, tylko, od czego
zacząć.
- Cześć - pojawił się Maciek. Zawsze wchodził tak jakby
przenikał przez drzwi, a o jego obecności dowiadywałem się
dopiero wtedy, gdy był już w pokoju. - Pewnie siedzisz i
rozmyślasz, od czego by tu zacząć, co? - ciągle zdumiewał mnie
czymś nowym. Muszę się przyznać, że mój brat, zanim zacząłem go
tak nazywać był dla mnie idolem. Ale brat to coś więcej niż
tylko idol. Czasami, tak jak teraz, zdawało mi się, że zna mnie
lepiej niż ja sam. Dlatego w tej chwili pokiwałem tylko głową, w
niemym wyrazie aprobaty dla jego nadzwyczajnej przenikliwości.
- Zacznij od sprawdzenia listów. Mówiłeś coś, że wydawca miał
nas poinformować o naszej książce. Może to od niego -
Faktycznie. Po drodze do mieszkania zauważyłem, że w skrzynce
coś leży. Pomyślałem sobie nawet, że od bardzo dawna nie
dostałem żadnego listu, ale przez roztargnienie zapomniałem ich
wyjąć. Chyba przez te ostatnie wydarzenia. Zbiegłem na dół po
schodach, a Maciek został na górze. Kiedy obejrzałem się przez
ramię widziałem tylko jak stał przy oknie i palił papierosa,
karmiąc starym obwarzankiem gołębie na parapecie.
W skrzynce były dwa listy. Pierwszy od wydawcy: "...Niestety...ze
względu..." - itd. byłem rozgoryczony. Zerknąłem na drugi list,
a właściwie małą paczuszkę - była od rodziców. Nagle zrobiło mi
się jakoś dziwnie. Nie widziałem się z nimi od dobrych czterech
lat. Wiedzieli, że u mnie wszystko w porządku, wysyłałem im
przecież raz do roku kartkę na święta - bez adresu zwrotnego.
Ciekawe jak mnie znaleźli? Wchodziłem powoli po schodach
przyglądając się małej paczuszce i już miałem ją otworzyć, gdy
wtem w drzwiach stanął przede mną Maciek.
- I co?
- To od wydawcy. Odrzucił. Z resztą sam zobacz - rzuciłem mu
list i patrzyłem jak pośpiesznie czyta i wzbiera w nim złość.
Miałem jakieś przeczucie, że ma ochotę zrobić coś
nieobliczalnego. Tymczasem obracałem w dłoniach przesyłkę od
rodziców. Otworzyłem ją targając kopertę, z której wypadł
szaroniebieski brulion. Podniosłem go z podłogi i położyłem na
stole. I kiedy już miałem go otworzyć, położył rękę na mojej
dłoni:
- Jeszcze nie teraz - nie wiedziałem, który z nas to powiedział.
Potem uśmiechnął się smutno i poszliśmy z zamiarem topienia łez
w nadwiślańskich spelunach, ale jakoś i tak wylądowaliśmy z
litrem "Wyborowej" w stałym miejscu, pod mostem Dębnicki. Szkoda
nam było naszej książki. Była naprawdę dobra. W głowie
przewijały mi się moje ulubione fragmenty - zupełnie jak strzępy
jakiegoś filmu... "Gówniarz rysuje bez przerwy te pieprzone
wilki zamiast się uczyć... wyrzuć ten zeszyt, wyrzuć ten zeszyt,
słyszysz!... gdzie jest twój dom, gdzie jest twój dom wilku...
Zastrzelę to bydlę!...uciekaj Anitou, uciekaj!
- Ale to jest podobne do bajki, a ludzi obchodzi zwyczajnie:
-"samo życie". I dlatego ten buc nie chciał nam jej wydać - Cóż
bracie, pozostaje nam tylko znowu siąść nad maszyną i napisać
coś, po czym obsrają się z wrażenia. - Maciek popatrzył tylko w
pustą, pogniecioną puszkę po piwie i nieznacznie pokręcił głową.
Jakoś wiedziałem, że razem już nic więcej nie napiszemy. Nie
wiem skąd to przeczucie, po prostu wiedziałem. Rozumieliśmy się
z bratem bez słów - jego gorycz była moją goryczą. Myślałem
teraz o mojej przeszłości, o dzieciństwie, wilkach, snach,
wypadku, po którym zacząłem stopniowo tracić kontakt z rodziną,
aż wreszcie stała się ona zupełnie mi obca. Moja uszkodzona
pamięć, to obrazowo mapa - taka, na której zaznaczony jest tylko
dom z najbliższą okolicą. Reszta, łącznie z różą wiatrów,
wyznaczającą północ, była zaciemniona. Nie wyblakła, po prostu
zakryta, zamglona. I jak tu znaleźć drogę do domu, skoro i tak
nie byłem pewny czy tego chcę? Przypomniałem sobie jak Maciek
mówił o swojej teorii lykantropi. Według niego wilk i człowiek
to dwie zupełnie od siebie różne, pod względem osobowości
istoty. Jeżeli jedna z nich reprezentuje dobro, druga musi być
złem. Podobnie dopełniają się spokój i agresja, bunt i
opanowanie, bierność i działanie. Idąc dalej, twierdził, że taki
wilkołak zawiera w sobie dwie osoby: żywą i martwą - która jest
jednocześnie całkowitym zaprzeczeniem tej pierwszej. Jedna
egzystuje w świecie duchów, druga prowadzi normalne, ziemskie
życie. Razem stają się wilkiem, który balansuje na krawędzi
dwóch światów. Kiedy tak nad tym rozmyślałem, kątem oka
spostrzegłem, że Maciek wychodzi, po schodach na górę, chyba
szedł na most, był bardzo pijany. Wtedy zdarzenia posypały się
jak talia kart z rękawa niewprawnego kuglarza. Chodnikiem szedł
nasz wydawca. Wiedziałem, że mój brat zamierza coś zrobić,
czułem to tak jakbym przez chwilę widział całą scenę jego
oczami: Wysoki, zgarbiony, właściwie podkulony jak szary kundel,
wampiryczny astmatyk szedł próbując wyminąć Maćka. Ten zastąpił
mu kilkakrotnie drogę. W końcu pchnął, aż tamten się zatoczył.
Stanął nad nim z butelką wódki w jednej ręce, drugą wskazywał na
swą przyszłą ofiarę - jego gniew był moim gniewem. Stałem i
obserwowałem całe zajście.
- Ty wszawy dupku. Wiesz, kim jestem?
- Nnnie, nie wiem. Czego pan chce? Ja mam pieniądze, mogę dać
panu cały portfel, niech tylko pan dowód zostawi - wymamrotał
przestraszony.
- Nie wiesz, kim jestem, co?
Pokręcił przecząco głową
- A przypominasz sobie powieść, którą ostatnio odrzuciłeś?
- Nie wiem, którą powieść ma pan na myśli - nagle odzyskał
trochę pewności - Ostatnio wiele ich odrzuciłem - zaczął nerwowo
poprawiać okulary.
- I wiesz ilu ludziom zmarnowałeś życie, ty wszawa gnido?
- To nie moja wina proszę pana. Wie pan, nie trzeba nic na siłę
- spróbował załagodzić, ale był jakoś mało przekonywujący.
Widocznie po raz pierwszy znalazł się w sytuacji, kiedy musi
tłumaczyć się ze swoich decyzji podwładnym - Naprawdę, nie wolno
się frustrować - facetowi zdawało się, że skoro nie ma do
czynienia ze zwykłym bandziorem, nie ma już takiego zagrożenia.
Mylił się. Bardzo się mylił! I ja też to wyczułem. Wiedziałem,
że Maciek jest w tej chwili gotów udusić go gołymi rękoma.
Powoli podszedłem w jego stronę.
- Frustrować, powiadasz. - Odchylił do tyłu głowę. Włosy
spływały mu na ramiona. Wyglądał z tą butelką wódki jak upadły
anioł. - Człowieku - zaczął krzyczeć na naszego wydawcę - ty nic
nie rozumiesz! - Chwycił go obiema rękami za koszulę i zaczął
nim potrząsać niczym szmacianą lalką.
- Maciek! - krzyknąłem
- Nie, bracie. Załatwię to tu i teraz.
- Przestań, no, co ty chyba nie chcesz go...
- Właśnie, że chcę! - ryknął - Tak chcę, zabije cię ty parszywa
świnio!
Wampiryczny astmatyk popatrzył na nas przerażonymi oczkami i ze
strachu rozdziawił gębę. Chwyciłem Maćka za przedramię i
potrząsnąłem nim. Człowieczek, który przed chwilą jeszcze był
bliski omdlenia, nagle otrzeźwiał i popędził ulicą przed siebie.
Maciek chciał rzucić się za nim. Zatrzymałem go, a wtedy on
przycisnął mnie do barierki i chwycił za kołnierz. Wiedziałem,
że jest ode mnie o wiele silniejszy i nie zdołam go zatrzymać
zbyt długo. Szarpnąłem z całej siły, a Maciek, chcąc uwolnić się
z mojego chwytu, naparł jeszcze mocniej. W pół przechylony nad
barierką czułem, że za chwilę coś mi trzaśnie w plecach, jeżeli
zaraz niczego nie zrobię. Spojrzałem na mojego brata. Jego oczy
były szalone, pełne bólu i jednocześnie takie zagubione.
Przytrzymałem się poręczy. Chciałem go tylko odepchnąć nogami. W
następnej sekundzie obaj lecieliśmy w dół, ku czarnej otchłani
płynącej w dole rzeki.
Obudziłem się wczesnym rankiem dygocząc z zimna, nieopodal
miejsca, w którym wczoraj piliśmy wódkę. Moje ubranie było całe
mokre. Wtedy przypomniał mi się sen. Woda jak czarna otchłań
pochłaniała mnie zewsząd, szczelnie otulając moje ciało. Wlewała
się przez usta, nos i uszy zalewając płuca. Dusiłem się. Nagle
czyjeś silne ramię zacisnęło się na mym barku i pociągnęło w
górę, ku powierzchni. Wiedziałem, że był to Maciek. Wiedziałem
także, że był to tylko sen. Maćka nie było nigdzie w pobliżu -
nie umiał pływać. Poza tym nawet gdyby umiał pamiętam, że zanim
wpadł do wody uderzył głową... O Boże... Coś szarpnęło
wnętrznościami. Zrobiło mi się niedobrze. Dopiero teraz w pełni
uświadomiłem sobie, że zabiłem swojego brata. Zacząłem panicznie
biec wzdłuż brzegu, z prądem rzeki, szukając wzrokiem
dryfującego ciała. A tak naprawdę kątem oka ciągle spoglądałem
na drugi brzeg, na którym oczyma wyobraźni widziałem Maćka.
Machał ręką i wołał: - bracie tu jestem. Nic mi nie jest -
popatrz!
Nic takiego się nie stało. Tafla wody pozostawała jednostajnie
gładka, w zakolu rzeki spały łabędzie. Na drugim brzegu o tej
porze nikogo jeszcze nie było. Świadomość mojego czynu zaczęła
coraz szybciej rozchodzić się po moim ciele wzdłuż każdego
najmniejszego nawet nerwu, którym teraz szarpały spazmy
niewysłowionego bólu. W końcu usiadłem i rozpłakałem się
wrzeszcząc ochrypłym głosem:
- Bracie! Bracie, gdzie jesteś! - Boże, co ja zrobiłem! Co ja
zrobiłem...
Zacząłem kiwać się w jedną i drugą stronę jak dziecko w
zaawansowanym stadium choroby sierocej.
- Bracie! Bracie!... O Boże!....O Boże...
- Zamknij się wariacie, bo zawołam policję! - odezwał się facet
leżący na ławce, tuż, obok - - - Jest 5 rano. Ludzie chcą spać!
-
Na dźwięk słowa policja ponownie ogarnął mnie paniczny strach.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że byłem w ciężkim
szoku. W końcu nie codziennie macie okazje zabić brata. Z
drugiej strony wiem, że po prostu obleciało mnie tchórzem.
Pobiegłem do domu, znacząc mokrymi śladami ucieczkę zabójcy.
Wbiegając susami po schodach wpadłem do mieszkania. Zacząłem się
nawet głupawo do siebie uśmiechać - nie wiem, może wciąż
liczyłem na to, że go tam zastane jak stoi przy oknie i pali
papierosa, karmiąc gołębie. Otworzyłem drzwi (klucz zawsze był
pod wycieraczką) i wszedłem do środka. Było pusto, cicho i
niecałkiem jasno o tej porze. Zakasłałem - zapalenie płuc miałem
murowane. Zacząłem, więc pospiesznie ściągać przemoczone
ubranie: buty, sweter, podkoszulek, skarpetki i w momencie
stanąłem jak wryty. Znajdowałem się, bowiem w kręgu utworzonym z
woskowych plam po świecach, jeszcze z tej sławetnej imprezy.
Spojrzałem przed siebie - w lustro. Wyzierały z niego oczy -
były smutne, dzikie i wolne.
I zrozumiałem.
* * *
Noc w dużym mieście miała wiele do zaoferowania
trzydziestoparoletniemu mężczyźnie. Ale w tym wieku, kiedy
młodemu poniekąd, człowiekowi przechodzi ochota zanurzenia się w
ten wielowątkowy tygiel nocnego życia, zaczyna on, co raz
częściej zastanawiać się nad jego sensem... i dochodzi do
wniosku, że życie bez wspomnień, jakkolwiek byłyby one bolesne
jest niekompletne (zupełnie tak jak 24 - godzinny cykl dobowy
bez dnia lub nocy, nawet tej najdłuższej w roku, tej
najczarniejszej). Razem z nadchodzącym świtem zaczyna on powoli
rodzić się na nowo do życia. Staje się zdrowym, normalnym
człowiekiem. Takim jak wszyscy piekarze, śmieciarze, pracownicy
wracający z drugiej zmiany. Choć niekoniecznie człowiekiem
przeciętnym. Jest to człowiek, który pisze powieść swojego
życia. Powieść o mężczyźnie, który postanowił rozwikłać zagadkę
swojego niepokornego losu, który przeplatał sny, marzenia i
wspomnienia z rzeczywistością. Powieść o człowieku wciąż
wracającym do domu - o wilku, który od zawsze towarzyszył
ludzkim tęsknotom. O nadziei na szlachetność subtelnych chwil w
ludzkiej dżungli... samotnych nieszczęść
Choć czasem...
- Czasem myślę o mym "bracie Maćku". Brakuje mi jego pisania.
Wtedy spoglądam w wilcze oczy mojej przyjaciółki Anitou:
- Są dzikie i wolne... i śmieją się do mnie tym wilczym,
magicznym wejrzeniem.
AUTOR:
Wojciech Skoczek
|
|