| |
Odkąd sięgał pamięcią Pech był mu wiernym i niechcianym druhem.
Za niefart uważał już sam fakt, że urodził się w tak
popieprzonym kraju jak Rosja - gdzie ludzkie życie nie jest
warte funta kłaków. O tak! Matuszka Rassija znana była z
okrucieństwa. Wredny towarzysz miewał w zwyczaju ujawniać się w
najmniej spodziewanych momentach. Gdy już o sobie przypomniał na
ogół wywracał świat Sirgieja do góry nogami siejąc totalne
spustoszenie. Życie z takim kompanem przypomina chodzenie po
zamarzniętym jeziorze, niby lód jest gruby więc czujesz się
bezpiecznie ale wystarczy chwila nieuwagi, trafiasz na cieńsze
miejsce i trach! Lądujesz w zimnej wodzie. Jeśli miłościwy jest
ci litościwy to zamiast utonąć kończysz z zapaleniem płuc w
szpitalu.
Pierwszy krzyk Siergieja Siemionowicza, długo oczekiwanego
pierworodnego, świat usłyszał pewnej zimowej nocy, tuż po
pierestrojce. Będąc małym brzdącem praktycznie nie miał
rodziców, oboje byli tak zapracowani, że w zasadzie dom był im
hotelem. Otoczony nadopiekuńczymi niańkami i górami zabawek
jakich tylko dusza zapragnie spędzał całe dnie na kreowaniu
fantastycznych krain, w których był oczywiście niepodzielnym
władcą. Z czasem wszystko się zmieniło - wkroczył w buntowniczy
wiek i zaczął sprawiać problemy. Wtedy raczyli jaśniepaństwo
zauważyć, że mają syna. Trochę się spóźnili. Zerwana została
pierwotna więź łącząca zaufaniem dziecko z rodzicami; za bardzo
się oddalili. Nadal ich kochał ale nie potrafił już znaleźć z
nimi wspólnego języka. Początkowo bunt służył do tego aby
zwrócono wreszcie na niego uwagę a potem stał się pejczem,
którego używał by wymierzyć im karę, pokutę za błędy
wychowawcze.
Tego pamiętnego jesiennego dnia szare, nieprzyjemne wywołujące w
ludziach przygnębienie, niebo siąpiło zimnym deszczem. Sterty
pożółkłych liści czekały aż pogrzebie je pod sobą pierwszy
śnieg. Rachityczne, łyse gałęzie drzew targał wszędobylski
lodowaty wiatr z upodobaniem wciskający się w każdą możliwą
szparę miedzy ubraniami. Nienawidził tej pory roku. Zawsze
kojarzyła mu się z umieraniem. Nie przypuszczał, że od dziś
jesień będzie przypominała tylko i wyłącznie o pewnej
bezsensownej śmierci...
Po fizyce wyłączył
komórkę - potem wciśnie starym kit że się rozładowała - i
wymknął się ostrożnie ze szkoły. Umówili się z Olegiem na
wspólne wagarowanie. Oleg miał fajnych starych. Wystarczyło, że
nie chciał iść do budy i staruszkowie pozwalali mu zostać w
domu. Zaległości? Jakie zaległości? Odrobina gotówki i nie było
po nich śladu. Siergiej zazdrościł mu czasami; on tradycyjnie
dostanie niezłą burę gdy tylko ktoś z budy nakabluje ojcu. Z
matką jeszcze pół biedy, zawsze jakoś się można było dogadać. No
ale czego się nie robi dla dobrej zabawy. U Olega miały być dwie
fajne panny, łatwe laseczki, które po paru kieliszkach lubią się
pobzykać. Dla dobrej zabawy był gotów znieś ostrą ojcowską
połajankę a nawet trzygodzinny monolog o tym, że skończy jako
cieć zamiatający ulice jeśli nie znormalnieje i nie zacznie się
uczyć jak wszyscy normalni (normalni? hahaha) chłopcy w jego
wieku.
Było super, na tyle, że wyszedł od kumpla późnym wieczorem.
Maszerował do domu cały w skowronkach, tego dnia nawet okrutnik
wiatr nie mógł popsuć mu humoru. Rozgrzany alkoholem i
przyjemnymi wspomnieniami nie odczuwał zimna. Mieszkali w
typowym dwupiętrowym, nie wliczając poddasza, szeregowcu dla
nowobogackich. Wewnątrz panowały egipskie ciemności. Dziwne -
pomyślał - matka jak to matka pewnie przesiaduje u jakiejś
znajomej. Ale ojciec? Zawsze o tej porze był w domu. Do jego
uszu dobiegło cichutkie zgrzytniecie. Nie zwrócił na nie uwagi
przyzwyczajony do różnych odgłosów - było to naturalne w każdym
domu. Śmiał się gdy przypomniał sobie jaki lęk w nim wywoływały
gdy był małym szkrabem. Myślał, że po domu chodzą okrutne
potwory gotowe go pożreć gdy tylko wyjdzie ze swojego pokoju.
Kiedyś nawet zlał się ze strachu do łóżka - coś stuknęło w
ciemnościach w rogu pokoju i po chwili leżał w mokrej pościeli.
Intuicja podpowiadała mu że coś jednak jest nie tak. Uświadomił
sobie, iż odgłos powtarza się z zadziwiająca regularnością, lecz
postanowił to zignorować - jest już przecież dużym facetem.
Zdjął w pośpiechu buty i zapalił światło. Oczy przodków
spoglądały nań surowo z pożółkłych obrazów. Wbiegł po
skrzypiących stopniach na piętro i Skierował się wprost do
łazienki - wiedział, że trzeba wykorzystać te chwile samotności
by doprowadzić się do porządku po imprezce. Niedbale wyszorował
zęby aby zabić zapach fajek i gorzałki, dla lepszego efektu
przepłukał usta płynem antybakteryjnym. Długo mydlił dłonie;
starzy strasznie się o to palenie czepiali. Usłyszał kolejne,
tym razem wyraźniejsze, zgrzytnięcie. Postanowił sprawdzić skąd
dobiega ten dźwięk - zaczynał już działać mu na nerwy; za każdym
razem miał wrażenie, że któreś z rodziców właśnie wróciło do
domu. Wyszedł i zaczął nasłuchiwać. Cisza nieznośnie dłużyła się
przez parę sekund. Kolejne zgrzytnięcie - to z biura ojca -
pewnie zapomniał zamknąć okno. Pomieszczenie, w którym ojciec
zwykł najczęściej rezydować, przypominało małą bibliotekę - po
bokach stały ogromne regały wypełnione księgozbiorem, między
nimi okazałe mahoniowe biurko. Gdy wkroczył do środka ujrzał
obraz, który będzie mu się latami pojawiać w koszmarach sennych:
przewrócone krzesło i wisielec... jego tata! Wpatrujące się z
niemym wyrzutem nabiegłe krwią oczy, wystający z ust siny język
i zwisająca zastygła stróżka śliny. obraz pociemniał niczym
gasnący w ciemnym pomieszczeniu telewizor. Siergiej zemdlał.
Przebudził się w szpitalu z obandażowaną głową; założono
dziewięć szwów. Początkowo niewiele pamiętał i nie do końca
wiedział dlaczego się tu znalazł lecz z minuty na minutę pamięć
w okrutny sposób przywoływała skrawki wydarzeń sprzed paru
godzin, wyświetlając je niczym makabryczne slajdy. Wypisany
został jeszcze tego samego dnia - odebrał go wuj, brat matki.
Dwa dni później był pogrzeb. Do tej pory oboje jakoś się
trzymali. Mieli na głowie mnóstwo formalności do załatwienia
lecz w nocy i on i matka dali upust długo powstrzymywanym
emocjom. Leżąc nocą w łóżku słyszał szloch dobiegający zza
ściany, czuł się taki bezsilny, przepełniało go poczucie winy.
Gdyby tamtego dnia wrócił normalnie do domu...
To właśnie wtedy
pierwszy raz w swe czułe objęcia wzięła go siostrzyczka
Depresja. Niepozorny zbuntowany nastolatek w ciągu jednej nocy
przemienił się w odpowiedzialnego, przygniecionego ciężarem
życia, mężczyznę. Cierpienie matki sprawiło iż z dnia na dzień
stał się wzorowym uczniem, jednym z tych grzecznych kujonków,
którymi tak zawsze pogardzał. Wszystko to po to by nie
przysparzać matce dodatkowych zmartwień. Prosto ze szkoły gnał
do domu i wyręczał ją w czym się tylko dało. W dupie miał, że
dawni kumple odwrócili się od niego po tej metamorfozie, że się
śmieją. Miał gdzieś durne zaczepki, jedynie Oleg go wspierał.
Najważniejsze było by matka odzyskała chęć do życia. A niestety
było z nią coraz gorzej. Twarz kiedyś pełna życia teraz była
blada. oczy podkrążone i opuchnięte straciły cały blask.
Spojrzenie nieobecne - nie było nawet śladu po błyskających
dawniej wesołych iskierkach. Skryta, przygarbiona, milcząca a
przecież kiedyś bywała duszą towarzystwa. Nieukojony smutek
odcisnął się na zdrowiu matki ponurym piętnem. Nie upłynął nawet
rok od śmierci ojca jak wykryto u niej raka, niestety w fazie
terminalnej, kilka miesięcy później umierała w okropnych
męczarniach. Nie mógł nic zrobić; znowu tak cholernie bezsilny z
przerastającym jego wytrzymałość poczuciem winy.
Nie był na to przygotowany. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce.
Samodzielnie zadecydować co dalej, z czego będzie żył i co
będzie robił. z ciężkim sercem sprzedał dom rodzinny a wraz z
nim okruchy wspomnień z dzieciństwa. Od teraz był na świecie sam
jak palec. Nie miał nikogo, nie miał nawet małego królestwa -
jak nazywał swój pokój gdy był dzieckiem. Miał jeszcze wujka,
który okazał się fagasem i po śmierci matki zerwał z nim
całkowicie wszelkie kontakty, traktując jak kogoś obcego...
Pieniędzy wystarczyło raptem na dwa lata. Na początku wydawało
mu się, że jest bogaczem. Miał wrażenie, że te pieniądze starczą
na bardzo, BARDZO DŁUGO. Wynajął malutką kawalerkę. Pieniądze
praktycznie przeciekały mu między palcami, na imprezki, na
panienki, na alkohol, wystawne obiadki w renomowanej
restauracji. Głównie na trunki z procentami, którymi
bezskutecznie próbował zagłuszyć rozpacz po utracie rodziców.
Ani się obejrzał a na jego koncie były już tylko marne resztki.
Przez prawie trzy dni nie wychodził z domu; dopadła go kolejna
depresja. Godzinami leżał na łóżku gapiąc się w pożółkłą wytartą
tapetę jakby w niej znajdowało się rozwiązanie wszystkich jego
problemów. Trzeciego dnia w czwartek w jego ogarniętym mrokiem
umyśle pojawiło się nikłe światełko nadziei na lepszą
przyszłość. Aż się zdziwił że wcześniej na to nie wpadł.
Dilerka okazała się całkiem intratnym zajęciem. Szybko wkręcił
się w odpowiednie środowisko. Dzięki sprytowi, obrotności i
doskonałemu wyczuciu tego komu i ile trzeba posmarować radził
sobie całkiem przyzwoicie w tym interesie. Skutkiem ubocznym
nowego zajęcia były wyrzuty sumienia. Wielu znajomych w to
wpakował ale przecież gdyby nie on to kto inny by im ten syf
wcisnął. Gdy pojawiały się przykre myśli, przypominające swą
natrętnością rój wygłodniałych much, zbijał je kontrargumentem,
że przecież los postawił go pod ścianą i nie miał innego
wyjścia. Na zatrudnienie do uczciwej roboty, przy obecnym
bezrobociu nie było na to nawet najmniejszej szansy. Z czasem
coś w nim umarło i przestało przypominać mu o tym co jest dobre
a co złe.
Przyzwyczaił się i zobojętniał.
Jego "terenem" było "Piekiełko", znana moskiewska dyskoteka. To
właśnie w niej poznał Sonię - delikatną, wrażliwą blondyneczkę z
rozbitej rodziny. Była inna niż spotykane każdego dnia laski.
Sprawiała wrażenie małej zagubionej dziewczynki, którą musiał
się nią zaopiekować. Skromna, inteligentna - prawdziwy skarb na
tle wyzywająco ubranych, wiecznie podpitych, wulgarnych córeczek
bogatych tatusiów, które się do niego przystawiały. Oboje byli
po przejściach; szybko znaleźli wspólny język i nim się
obejrzeli połączyła ich miłość. Stali się nierozłączną parą.
Sonia wiedziała czym się zajmuje - nie potępiała tego, wiedząc
jakie są realia, ale miała nadzieję (i często mu to mówiła), że
jeśli tylko nadarzy się okazja to z tym skończy. Miała na niego
dobry wpływ. Była takim dobrym duszkiem. Dzięki niej zaczął
odkładać oszczędności w banku - tak na wszelki wypadek - może
kiedyś założy jakiś interes. Tak, przy niej mógłby żyć skromnie,
rekompensowałaby mu wszelkie niedostatki. Kochał ją do
szaleństwa. Kiedy życie znowu nabrało jasnych kolorów, gdy
zaczynał wychodzić na prostą i znowu miał po co żyć, przypomniał
się stary znajomy... Pech.
Żywot parszywy. Okazało się, że jego jedyna, ukochana,
najcudowniejsza kruszynka jest pieprzoną kurwą, suką, zdzirą,
która daje się posuwać najlepszemu przyjacielowi Siergieja,
Olegowi. Kutas nie przyjaciel! Miał ochotę ich pozabijać.
Skończyło się na połamanym nosie Olega i splunięciu dziwce w
twarz.
Chlał na umór przez kilka dni zamieniając kawalerkę w ruinę.
Budził się i zasypiał, oblepiony brunatnym kleistym potem,
dryfując po morzu czterdziestoparo procentowego alkoholu. Skóra
zeskorupiała od niezliczonych spazmatycznych wyrzygnięć, w
ustach ohydny kapciowaty posmak i to palenie w żołądku. Gdy
wyszedł z rozpaczliwego ciągu w mieszkaniu cuchnęło gorzej niż w
gorzelni. Po podłodze walały się puste butelki, pety - to cud,
że pożaru nie było - i gdzieniegdzie zaschnięte, nie do końca
przetrawione, rzygowiny; niechciana pamiątka z żołądka: zupki
chińskie, kawałki ogórka, niezidentyfikowane mięsiwo, resztki
ryb, cuchnąca breja. W pijanym widzie zdemolował wszystko co się
tylko dało połamać lub potłuc; prywatna apokalipsa. Zdychał z
wyczerpania leżąc na dywanie męczony najkoszmarniejszym kaczorem
ze wszystkich dotąd przeżytych. Jego organizm składał się w
siedemdziesięciu procentach ze spirytusu; pocił się spirytusem,
szczał spirytusem, nawet we łzach były procenty. Czuł się
wyprany z uczuć i chęci do życia. To wtedy postanowił po raz
pierwszy przydragować. Może lepiej byłoby im tam gardła
popodrzynać jak prosiakom a potem palnąć sobie w łeb?
-------------------------
"Piekiełko", różowy,
tandetny neon rzucał się w oczy z dużej odległości, przyzywając
utrudzonych nocnych wędrowców. I pomyśleć, że to kultowa, znana
na całą Moskwę dyskoteka, i że dostanie się do środka w piątkowy
wieczór graniczyło z cudem.Przy wejściu stało dwóch łysych,
mocno przysterydowanych, ubranych w skóry bramkarzy.
- Sie masz Siergiej - Wycedził przez zęby ten bardziej
przypakowany, przygryzając jednocześnie zapałkę. - dawno cię tu
nie było, wskakuj. Taaa, zawsze miał tu wjazd za friko;
dyskrecja i kultura dwie bardzo rzadko spotykane u dilujących
cechy sprawiały, że mógł się tu czuć jak w domu - lubiany
zarówno przez klientów jak i obsługę. Aby dojść do pulsującego
jednostajnym, dudniącym dźwiękiem serca dyskoteki musiał
pokonać, przeciskając się między ludźmi, strome wąskie schody
następnie należało tylko przeprawić się przez długi słabo
oświetlony (i jeszcze bardziej zatłoczony) tunel - podobny do
tych w bunkrach - i przedsionek z ogromnym półokrągłym barkiem.
Dotarcie do tego miejsca zajmowało mniej więcej dziesięć minut.
Po drodze robił częste przystanki by sprzedawać towar stałym
klientom. Jak zawsze gdy tam dotarł, uboższy o jakąś jedną
trzecią prochów, robił sobie przerwę na drynia. Przebicie się
przez tłum do którejkolwiek z mocno wymalowanych barmanek
graniczyło z cudem, lecz nie miał z tym problemów, wszystkie go
znały. Wystarczyło że stanął w dobrze widocznym miejscu a
momentalnie pojawiała się jedna z nich z jego ulubionym dryniem.
Dziwnym trafem zawsze znajdywało się też wygodne miejsce do
siedzenia.
Sącząc bez pośpiechu obserwował podrygujące na parkiecie
dziewczyny. Jak sprzeda cały towar, jak zwykle wyrwie jakąś
pannę i trochę się zabawią. Po zdradzie Sonii wszystkie kobiety
stały się dla niego tylko pustymi suczkami, które należało
wyrwać, przelecieć i spławić. Już nigdy nie będzie tak durny aby
się zakochać.Snujące się leniwie myśli przerwał kolejny stały
klient. Strasznie go wkurzało gdy mu przerywano sączenie drynia,
ale co poradzić, taka robota. Zmusił się do przyjaznego uśmiechu
i sprzedał kolejny foliowy woreczek, niezbędnik tej imprezy.
Dopił. Ruszył na parkiet. Po drodze zaczepiła go dupcia z którą
niedawno się zabawiał. Chwilę z nią pogadał, wpadli w ślinkę i
spławił niunię. Im szybciej zejdzie cały towar tym prędzej wróci
do domu. Wyrósł już z całonocnego imprezowania. Coraz częściej
jednostajny mechaniczny łomot wywoływał ból głowy i
podenerwowanie.
Ktoś odpalił ultrafiolet i stroboskop. Gibającysię rytmicznie
ludzie sprawiali wrażenie nakręcanych automatów. Zastygali w
dziwacznych pozach jak na obrazach szalonego artysty. Ciemność.
Chłopak podrzynający dziewczynie gardło. Ciemność. Siergiej
wydał ochrypły, pełen niedowierzania okrzyk. Z gardła wytryskuje
krew. Ciemność. Poczuł jak serce załomotało arytmicznie niczym
jazzowy perkusista. Dziewczyna wyłupuje chłopakowi oczy.
Ciemność. Rozbryzgujące się gałki oczne. Ciemność. Czuł jak nogi
zaczynają się pod nim uginać. Dwa czarne otwory i szklista
posoka spływająca po twarzy. Ciemność. Kurwa! Dosypali mi coś. -
olśniło go jedyne racjonalne wyjaśnienie dla rozgrywającej się
przed nim masakry. Większość tańczących wywija nożami, t
|